Zaczęło się fatalnie. Jeszcze przed rozpoczęciem notowań na rynku kasowym kontrakty zaczęły tracić na wartości. Gdy notowania akcji ruszyły, nastroje się nie zmieniły. Cały czas przeważała podaż. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w czasie spadku rosła LOP. Jest to czynnik, który ma istotne znaczenie, by zrozumieć, co się działo w końcu sesji.
W pierwszych minutach handlu na rynku akcji cena kontraktu na indeks zjechała do poziomu 1804 pkt. Do końca sesji nie była niżej. Faktycznie nie było już później okazji, by nawet próbować zjechać niżej. Po zaliczeniu dołka ceny dość szybko się od niego odbiły, pozostawiając na wykresie "szpicę". Można nazwać to kontratakiem popytu, ale kontratak jest przecież odpowiedzią na atak. Faktycznie ani jedno, ani drugie nie miało miejsca. Zarówno początkowy spadek nie był wynikiem jakiejś wzmożonej podaży, jak i późniejszy wzrost nie był wynikiem intensywnego popytu. Przez całą sesję aktywność graczy była bowiem niska, a zmiany cen można określić jako mało wiarygodne. Zwłaszcza końcowy wzrost. O ile odbicie cen można jeszcze przypisać chęci walki po stronie byków, o tyle już końcówka w dużej mierze była wynikiem ewidentnego braku tej chęci u niedźwiedzi. To właśnie zamykanie otwieranych rano krótkich pozycji wydźwignęły ceny na tak wysoki poziom.
Wzrostowa końcówka pewnie poprawi nastroje, ale nie powinna budzić zbyt wielkich nadziei na poważniejszy wzrost. Prawdopodobne jest, że zapoczątkuje nieco większą korektę (choć i to pod warunkiem, że popyt pójdzie za ciosem), ale nie wydaje, by miało się przerodzić się w ponowny atak na szczyt. Nadal obstaję przy scenariuszu testu poziomu wsparcia. Wczoraj jeszcze do niego nie doszło. Dojdzie więc w ciągu najbliższych dni.