Rano mieliśmy jeszcze kontynuację odbicia. W poprzednich dniach pisałem jednak, że bardzo rzadko zdarza się, by po mocnej wyprzedaży przechodzić do fali wzrostowej po szybkim i mało wiarygodnym (niskie obroty) zwrocie. W pierwszej fazie odreagowania zawsze znajdą się inwestorzy przestraszeni niedawną falą spadkową, chcący wykorzystać poprawę nastrojów od odchudzenia portfeli. Taką właśnie demonstracyjną podaż czekającą na pierwszych ofertach zobaczyliśmy wczoraj z rana.

Czy to zawsze oznacza koniec odbicia i zwrot na południe? Nie, bo gdybyśmy ruszyli dalej do góry, to byłby to bardzo wiarygodny byczy sygnał siły rynku. Wczoraj wymagałoby to jednak gigantycznego obrotu rozbijającego wspomniane zasieki podaży. Zamiast tego rynek się przestraszył i do 13.00 obserwowaliśmy systematyczne osuwanie się. Podkreślam, że tylko osuwanie, bo nie była to żadna agresywna podaż, pozwalająca na stwierdzenie o końcu odreagowania. Na razie rynek znalazł poziom równowagi i nastroje mogą zmieniać się jeszcze kilkakrotnie do czasu, aż mocnym impulsem wyjdziemy z konsolidacji, w której kontrakty ugrzęzły od paru dni. Największe fundusze muszą rozstrzygnąć dylemat, czy mamy jeszcze boom gospodarczy, czy już gospodarcze bum.

Dzisiaj piątek, więc giełdowym fajerwerkom też to ostatnio nie służy. Będziemy rozdarci między strachem przeniesionym z zeszłotygodniowej przeceny, a nowymi szczytami całej hossy na rynku węgierskim, które choć same w sobie nic nie wnoszą (patrz początek roku), to patrząc na wczorajsze obroty 544 mln (WIG20) muszą wywoływać spekulacje o zagranicznych inwestorach. Dla techników dalej mimo wszystko obowiązuje zasada, że do czasu wyjścia kontraktów ponad konsolidację z drugiego tygodnia stycznia powinniśmy patrzeć na południe.