Sesję można uznać za powtórkę z wtorku. Na rynkach światowych panował wtedy spokój w oczekiwaniu na FOMC, a mimo to warszawskie indeksy tuż po otwarciu ruszyły dynamicznie do góry. Nie był to wtedy spekulacyjny wyskok, ale ogromny popyt położony wyraźnie przez zagranicznych inwestorów. W piątek mieliśmy niemal dokładnie to samo. Tym razem światowe parkiety wyczekiwały na publikację amerykańskich danych z rynku pracy, a GPW znowu ruszyła sobie swoim torem na północ.

Jeszcze przed południem zarówno kontrakty, jak i WIG20 przebiły szczyty z poprzednich dwóch dni, co jednocześnie było wyjściem nad ostatnie z istotnych zniesień (61,8%) styczniowej fali spadkowej. To otwiera drogę nawet pod szczyty całej hossy. Sygnał do ataku byków znowu przyszedł w dość zaskakującym momencie, ale o tym samym źródle popytu jak we wtorek świadczyło choćby tylko zachowanie TP i PKO BP. Ogromne transakcje kupna na tych spółkach jasno wskazywały na ponowne przebudzenie zagranicznych inwestorów, koszących podaż gigantycznymi zleceniami.

Trudno dziwić się takiemu napływowi gotówki na GPW, gdy tak wyraźny kierunek przepływu kapitału prezentuje zarówno krajowy rynek walutowy, jak i rynek obligacji. Jeśli dodamy do tego węgierski BUX, który systematycznie poprawia szczyty hossy, rosnąc już w nowym roku 8,5% (WIG20 dalej na minusie 3%), to pominięcie przez zagranicznych inwestorów polskiego rynku akcji byłoby nietaktem, niezależnie od wyceny niektórych spółek. Co dalej? Ja bardzo nie lubię takiej sytuacji, gdy notowania są uzależnione od wąskiej grupy (zagranicznych) inwestorów. Handlują najwięksi, wybierając kluczowe spółki i podnosząc kursy demonstracyjnym popytem. Dla stabilności trendu lepsza jest hossa szerokiego rynku. Mimo to z tak silnym przeciwnikiem nie polecam na razie walczyć.