- Nasza strefa to najczęściej wybierana przez inwestorów SSE w Polsce - mówi Justyna Romańczyk z Katowickiej SSE. Częściowo wynika to z faktu, że jest największym tego typu inwestycyjnym obszarem w kraju. Druga co do wielkości SSE w Tarnobrzegu jest o prawie 1/3 mniejsza niż strefa katowicka. - Tak duży obszar to większe możliwości wyboru dla inwestora, ale z drugiej strony dla nas także problemy z doprowadzeniem infrastruktury - tłumaczy J. Romańczyk.
Paweł Szałamacha, ekspert z Instytutu Sobieskiego, nie wskazuje Katowic jako jednego ze swoich faworytów wśród SSE. Jednak bez wątpienia ta akurat strefa ma się czym pochwalić, szczególnie w ostatnim okresie.
Zdaniem Piotra Wojaczka, prezesa Katowickiej SSE, miniony rok był dla niej okresem powrotu do klimatu z końca lat 90., kiedy co roku przybywało tam kilkunastu nowych inwestorów. Już w ostatnim kwartale 2003 roku przedstawiciele strefy zauważyli znaczący wzrost liczby zapytań ofertowych od potencjalnych nowych inwestorów. Uaktywnienie się nowych klientów KSSE zaowocowało tym, że w 2004 roku zadeklarowali oni gotowość zagospodarowania kolejnych 90 ha strefy. Jednocześnie ok. 15% dotychczasowych klientów strefy zgłosiło chęć powiększenia istniejących już inwestycji.
Łączna wartość przedsięwzięć zrealizowanych na terenie katowickiej strefy wzrosła w ciągu minionego roku o ok. 0,5 mld zł. Pod koniec 2003 r ich wielkość szacowano na 6,2 mld zł, pod koniec ub.r. już na ponad 6,7 mld zł. Jednocześnie o ponad 15% zwiększyło się zatrudnienie w KSSE. Pod koniec ub.r. w zakładach zlokalizowanych w strefie pracowało łącznie ok. 18 tys. osób, czyli o 2,5 tys. więcej niż rok wcześniej.
Prezes Piotr Wojaczek uważa, że jeśli w pierwszej połowie br. uda się rozstrzygnąć od siedmiu do 10 przygotowywanych teraz przetargów, to w całym 2005 roku skala inwestycji może być jeszcze większa niż była w minionym.
Niepowodzenie Częstochowy
Znacznie słabiej w ocenie wykorzystania istniejących szans rozwoju wypadły, zdaniem Pawła Szałamachy, SSE: warmińsko-mazurska, kamiennogórska, słupska i suwalska. Trzeba jednak powiedzieć, że i te obszary przyciągnęły do siebie pewne inwestycje. Zazwyczaj - jak w przypadku ostatniej ze wspomnianych stref - są to małe lub najwyżej średnie projekty, czasami inwestorami są firmy zatrudniające kilka osób. Większość to polskie przedsiębiorstwa. Najczęściej inwestuje się tu w przemysł spożywczy, odzieżowy, lekki, rzadziej w sektor budowlany czy maszynowy. Bardzo rzadko spotkać tu można innowacyjną produkcję. Efektem blisko 9-letniego funkcjonowania Suwalskiej SSE jest pozyskanie 52 inwestorów, którzy utworzyli łącznie ok. 3 tys. miejsc pracy.
Polskie firmy, najczęściej te mniejsze, dominują również wśród inwestorów, którzy weszli do Słupskiej SSE. Kamiennogórska (SSE Małej Przedsiębiorczości) to trzecia z działających w województwie dolnośląskim specjalnych obszarów. Niewątpliwie na jej konkurencyjność silny wpływ wywiera sąsiedztwo z zaliczanymi do najlepszych w kraju SSE z Legnicy czy Wałbrzycha.
Wszystkie wspomniane strefy z mniejszymi lub z większymi sukcesami działają i będą zapewne działać przez najbliższą dekadę. Inaczej jest w przypadku Częstochowskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Ustanowiono ją w 1997 roku. Liczyła 144,04 ha. Jej powołanie wynikało po części z planów restrukturyzacji Huty Częstochowa oraz spodziewanej redukcji jej załogi. Dzięki inicjatywie miało powstać ok. 5 tys. nowych miejsc pracy w samej SSE oraz ok. 2,5 tys. w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Z tych planów jednak nic nie wyszło: - Częstochowska strefa nie ściągnęła ani jednego inwestora i została rozwiązana - wspomina dziś Barbara Rawicz, dyrektor Departamentu Współpracy Regionalnej w Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.
Strefy potrzebne czy nie?
Zdaniem Pawła Szałamachy, wpływ Specjalnych Stref Ekonomicznych na polski krajobraz gospodarczy jest przeceniany. Według niego najwięcej, bo ok. 30% zagranicznych inwestycji, zlokalizowanych jest w województwie mazowieckim, w którym nie ma żadnej SSE (poza podstrefami Tarnobrzeskiego Euro-Parku Wisłosan). Szałamacha wylicza, że w dziedzinie przyciągania zagranicznego kapitału przoduje również Wielkopolska - także bez SSE. - Biznes idzie tam gdzie są obiektywnie korzystne warunki, a nie tam, gdzie administracja chciałaby go umieścić - konstatuje ekspert Instytutu Sobieskiego.
Przypomina, że strefy były tworzone w regionach o większym niż przeciętne bezrobociu, aby ułatwić lokowanie inwestycji w tych regionach. Powstawały także pod naciskiem lokalnych środowisk politycznych i związkowych. Tym samym zniekształcają warunki gospodarowania i konkurencji między przedsiębiorcami.
Paradoksem jest dla niego przenoszenie produkcji do SSE z innych miejsc w kraju. - Wartość dodana stref w tym przypadku jest żadna - przekonuje.
- W szeregu przypadków inwestorzy, którzy planowali inwestycje w regionie, gdzie powstawała SSE, decydowali się na przeniesienie jej na teren strefy. Było to korzystne dla inwestora, który oszczędzał na podatkach oraz dla operatora strefy, który w ten sposób uzasadniał sens swojego istnienia - wtóruje Szałamasze Marcin Nowicki z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Jego zdaniem, taki instrument jak SSE rozleniwia władze regionalne. - Kiedyś założenie strefy było najprostszym narzędziem przyciągania inwestorów. Władze regionalne wyznaczały teren dla strefy i to, w ich opinii, zwalniało je od tworzenia stałych warunków sprzyjających rozwojowi poza SSE. Rozleniwiało pod względem tworzenia systemowych rozwiązań - twierdzi M. Nowicki. Dodaje, że jeśli inwestorzy, którzy działają w SSE, nie stworzą szybko silnych powiązań z regionem i z lokalnymi kooperantami, to z czasem mogą się zdecydować na wycofanie się z regionu. - Pamiętajmy, że do Unii Europejskiej wchodzą Rumunia i Bułgaria. Sytuacja zmienia się również na Ukrainie, gdzie koszty pracy są znacznie niższe niż teraz w Polsce - mówi ekspert IBnGR.
Zdaniem P. Szałamachy, atrakcyjność SSE zmaleje jeszcze bardziej, jeżeli zostanie przyjęta ustawa o wspomaganiu inwestycji o istotnym znaczeniu dla gospodarki. Ustawa ta pozwala inwestorom na uzyskanie indywidualnego pakietu pomocy ze środków publicznych na inwestycje zlokalizowane poza strefami. Oznacza to, że inwestor będzie mógł wynegocjować "ministrefę" dla samego siebie w każdym miejscu w kraju. Będzie więc mógł połączyć obiektywne dobre warunki do działalności gospodarczej (infrastrukturę, wykształconych pracowników, bliskie rynki zbytu) ze wsparciem finansowym.
Ekspert Instytutu Sobieskiego jest zdania, że dobre warunki dla przedsiębiorczości należy tworzyć w całym kraju. Polska powinna być jedną dużą specjalną strefą.
Co to jest SSE?
Specjalna Strefa Ekonomiczna to wyodrębniona administracyjnie część kraju, przeznaczona do prowadzenia działalności gospodarczej na korzystniejszych warunkach, niż w innych miejscach. Każda z SSE została powołana na 20 lat. Firmy inwestujące w strefie mają prawo do ulg podatkowych, a przedsiębiorca może rozpocząć działalność gospodarczą na specjalnie przygotowanym, uzbrojonym terenie.
Celów stworzenia Specjalnych Stref Ekonomicznych było kilka. Należały do nich:
l przyspieszenie rozwoju gospodarczego polskich regionów;
l rozwój i wykorzystanie nowych rozwiązań technicznych i technologicznych;
l zwiększenie konkurencyjności produktów i usług;
l zagospodarowanie majątku poprzemysłowego i infrastruktury;
l tworzenie nowych miejsc pracy.
Centra usługowe w SSE
Na początku lutego rząd przyjął pakiet rozporządzeń, umożliwiających lokowanie centrów usługowych w dwunastu Specjalnych Strefach Ekonomicznych. Był to postulat części polskich SSE, które liczą na możliwość przyciągnięcia dzięki temu nowych inwestorów. Zgodnie z nowymi przepisami w strefach powstawać będą mogły centra: finansowo-księgowe, badawcze, usług teleinformatycznych - call center i inne, świadczące usługi na zasadzie outsourcingu. Projekty związane z działalnością sektora nowoczesnych usług tzw. Bussines Process Offshoring mogą też liczyć na objęcie pomocą publiczną.
- Obserwuję znaczący wzrost zainteresowania lokowaniem kapitału w sektorze BPO - stwierdził Marcin Kaszuba, wiceprezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, która przygotowała projekt nowelizacji. - Z naszych szacunków wynika, że dzięki tego typu inwestycjom w ciągu pięciu najbliższych lat może powstać nawet 200 tys. nowych miejsc pracy - ocenił M. Kaszuba.
Według niego, Polska i inne kraje naszego regionu mają szansę stać się liderami w dziedzinie usług typu BPO. Zaletami krajów naszej części Europy są tu głównie: niskie koszty pracy, dostępność wykwalifikowanej siły roboczej oraz najwyższy w regionie wzrost gospodarczy.
Centra finansowo-księgowe zlokalizowały już w Polsce takie koncerny, jak: Philips, Accenture, General Electric, Cap Gemini, IBM, Lufthansa, Thomson, Citigroup czy IBM i HP. Decyzje o uruchomieniu podobnych centrów podjęły także: Intel, Lucent Technologies, Oracle, ABB, Motorola, Delphi i Siemens.