Prospekty emisyjne już się pewnie drukują. Mieniące się feerią barw: czerwienią, zielenią, różnymi odcieniami błękitu. Przyozdobione zdjęciami, naturalnie. Raczej bez nużących tabel i mrowia cyferek. Bez budżetu na końcu i prognoz finansowych - chyba że się inwestorzy, zwłaszcza kwalifikowani, upomną. Jakże inne od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Na razie trwa akcja informacyjna. Zgodnie z prawem i regułami sztuki. Telewizja, radio, prasa. Konferencje, spotkania, wyjazdy w teren. Road show jak się patrzy. Oferta publiczna może się zacząć w każdej chwili. W nieskończoność nie można jej przecież odkładać. Takie przepisy. Termin? Nie jest jeszcze znany. Może wiosna, może początek lata, a może dopiero jesień. Wiele zależy od sytuacji na rynku, od koniunktury. Wszyscy uważnie obserwują wykresy i słupki. Śledzą trendy. Rosnące - z nadzieją, malejące - z widoczną obawą.
Konkurencja będzie duża, na pewno. Oferty szykuje co najmniej kilkunastu emitentów. Podaż wielka, a zainteresowanie tymczasem małe - inaczej niż na giełdzie. Redukcji zapisów nikt się więc nie spodziewa. Ale emisja dojdzie do skutku nawet przy niewielkiej frekwencji. Bo tak ten system działa. Na sprzedaż jest w końcu tylko 460 miejsc.
Warto czytać prospekty. Kto z nas tego nie wie? Te nowe, lśniące, pachnące jeszcze drukarską farbą, także. Na razie ich autorzy ostrzą nam apetyty. Przebąkują niby mimochodem: to chcemy zrobić, i tamto również. A nawet jeszcze więcej. Czynniki ryzyka? W zasadzie tylko jeden: konkurencja - odpowiadają. Ona może napsuć sporo. Rzucić kłody pod nogi, nie dopuścić do głosu, albo przejąć rynek. Ryzyko po stronie emitenta? Raczej żadne. Chyba że wpływy z emisji będą za małe. Wtedy inwestorzy sami sobie będą winni. Wybrali gorszych.
Najważniejsza sprawa: opis strategii i cele oferty. Te, na które mamy wyłożyć własne pieniądze. Najpierw z grubej rury: opanowanie rynku. Metodą organiczną, a jak poparcie będzie za małe - dzięki fuzjom i przejęciom. A później nowy ład, a może też "New Deal".