W czwartek premier oznajmił, że 5 maja uzna misję swojego rządu za wypełnioną i opowiedział się za przeprowadzeniem wyborów parlamentarnych w czerwcu, a więc przed konstytucyjnym terminem. W reakcji na te deklaracje notowania złotego i obligacji mocno wzrosły, bowiem wcześniej rynek obawiał się ogłoszenia rezygnacji przez Marka Belkę. Jednak jak wskazują analitycy, ciągle panuje niepewność co do terminu wyborów, jak i ich wyniku, co może odbijać się negatywnie na kursie złotego. Z drugiej strony, polska waluta wspierana jest dobrymi fundamentami gospodarki oraz nadzieją na wprowadzenie potrzebnych reform przez nowy rząd.
"Wczoraj złotego i papiery dłużne kupowali krajowi inwestorzy, którzy uznali, że sytuacja polityczna już się wyjaśniła i mamy dwa miesiące spokoju do decyzji Sejmu o samorozwiązaniu. Zagranica spóźniła się z kupowaniem polskich aktywów, więc po silnym wzroście złotego, zaczęła go sprzedawać" - powiedział jeden z dealerów.
"Nie wiemy, czy zagraniczni gracze po prostu chcieli przy mało płynnym rynku osłabić złotego, by móc go później taniej odkupić. Albo też jednak nadal obawiają się ryzyka politycznego, a w tej sytuacji trudno byłoby o dalsze zwyżki polskiej waluty" - dodał. Rynek nie zareagował na decyzję Sejmu, który odrzucił w piątek uchwałę zgłoszoną przez Ligę Polskich Rodzin (LPR) wzywającą premiera do dymisji. Nawet gdyby została ona przyjęta, nie miałaby charakteru wiążącego.
Na rynku długu również doszło rano do spadków - sprzedającymi byli inwestorzy zagraniczni. "Słabszy złoty spowodował osłabienie cen obligacji. Sądzę, że teraz będziemy się konsolidować na obecnych poziomach, czekając na kolejne deklaracje polityczne, a potem na dane makro, czyli inflację i produkcję przemysłową" - powiedział dealer papierów dłużnych w zagranicznym banku w Warszawie.
Analitycy wskazują, że dzisiaj dla rynku obligacji ważne będą dane z amerykańskiego rynku pracy. Według ankiety Reutera, w lutym przybyło 220.000 miejsc pracy. Gdyby utworzono mniej etatów, może dojść do zwyżek cen długu na rynkach zachodnich, a w konsekwencji i w Polsce.