Smutek, żal, irytacja, wściekłość, a czasem nawet przerażenie. Tyle emocji wzbudza kilkustronicowy kawałek papieru formatu A4. Nie jest to, na pozór przynajmniej, żadne dzieło sztuki. Choć porażający logiką zestaw zaszyfrowanych informacji, olśniewająca prostota konstrukcji i nastrojowy układ pól białych i kolorowych robią wrażenie. Nie sposób zachować obojętność.
Pierwszy rzut oka i od razu nasuwają się dwie gorzkie refleksje: a) znowu nie udało się nawet o milimetr skrócić dystansu do Billa Gatesa lub przynajmniej Jana Kulczyka, doktora oczywiście; b) rzeczywistość "papierowa" wygląda lepiej, niestety, niż realna, czyli portfelowa. Albo mówiąc inaczej: osobisty rachunek wyników (przychody, koszty, dochody) prezentuje się znacznie korzystniej niż cash flow (wpływy, wydatki i saldo, czyli reszta - jeśli jakaś jeszcze zostaje).
I tu konstatacja banalna, ale zawsze równie nieprzyjemna. Niezły kawałek naszego - mniej lub bardziej obfitego - tortu trafia nie tam, gdzie byśmy sobie życzyli. Kawałek ten z roku na rok się powiększa. Stawki pozostają bez zmian (od ilu lat mamy zamrożone progi podatkowe?), ulgi topnieją, a lista opodatkowanych źródeł przychodów rozrasta się, czego giełda czy zyski z inwestycji w ogóle, dobrym przykładem. Konsumpcja naszego tortu wygląda z grubsza tak: a) sporą porcję pożera system ubezpieczeń społecznych. Coś tam niby kapie z tego na nasze (zresztą, czy naprawdę nasze, to się jeszcze okaże) konta w funduszach emerytalnych, ale niewiele. Z tego trzeba jeszcze utrzymać PTE. Resztę konsumuje pęczniejący ZUS i aktualni beneficjenci systemu. Rzecz jasna, idea solidarności społecznej ma swoje racjonalne podstawy. Ale dlaczego obejmuje również setki tysięcy, jeśli nie miliony, zdrowych, tyle że uzdolnionych aktorsko rencistów? I chłopów, w tym wielkorolnych, czyli - jak ich traktuje nasze prawo - małorolnych inaczej; b) kolejna porcja - też całkiem spora - to zastrzyk aplikowany systemowi opieki zdrowotnej. Tak jednak zgrzybiałemu, że nawet końska dawka nie postawi go na nogi. Chodzi tylko o podtrzymywanie przy życiu. Nie mam czasu chorować, więc nie wiem, jakie są z tego pożytki. Ale z tego co widać i słychać - tak mizerne, że brak nawet dowodów na ich istnienie. Pewne jest jedno: część porcji trafia np. do sprytnych firm farmaceutycznych czy lekarzy wypisujących w ciągu roku tysiące recept na viagrę lub sterydy. A jak pomyślę, że z naszych pieniędzy utrzymywali się nawet "łowcy skór" (nie licząc tego, co inkasowali na boku od pogrzebowców), to robi mi się gorąco; c) trzeci kawałek połyka fiskus. Z jak dużymi korzyściami dla ogółu, nikogo przekonywać nie trzeba. Ma do utrzymania większą niż prawdziwe mocarstwa armię nazguli w urzędach gminnych, powiatowych, wojewódzkich, centralnych oraz w agencjach, agendach, funduszach i Bóg raczy wiedzieć, gdzie jeszcze. Resztę, szczęśliwie, konsumujemy sami.
Zwykle więcej uwagi poświęcamy na analizę wspomnianego już cash flow. Bo na co dzień liczy się to, ile dostajemy na rękę oraz ile musimy i chcemy wydać. Ale rachunek wyników też dotyczy naszych (!) pieniędzy, choć w części nie przez nas wydawanych. Jest na to zresztą znakomity przykład: możliwość przekazania 1% podatku na cele społeczne. Tu - w przeciwieństwie do składek na ubezpieczenie społeczne, zdrowotne i sum pożeranych przez fiskusa - możemy sami zdecydować, na co, a przynajmniej do kogo, nasze pieniądze trafią. Jasna sprawa, trzeba być czujnym. Kto nie pamięta afery ze stowarzyszeniami zasilanymi przez sądy pieniędzmi od sprawców wypadków drogowych. Niejeden hochsztapler uczynił z tego metodę na wygodne życie, podobnie jak liczna grupa pseudoekologów. Ale nie brak organizacji, które zasługują na wsparcie bardziej niż jakiekolwiek państwowe systemy opieki.
Tak, koniec kwietnia to czas refleksji, zadumy i smutku. Czas wypełniania PIT-ów. Z żalem, irytacją, a nawet przerażeniem, niestety.PS