Nie sprawdzają się pesymistyczne prognozy ekonomistów i polityków, że silny złoty dobije polski eksport. W lutym sprzedaliśmy za granicą towary i usługi o łącznej wartości 5,62 mld zł. Import wyniósł 5,56 mld zł (wzrost o ponad 21% w ujęciu rocznym). Oznacza to, że w handlu zagranicznym mieliśmy nadwyżkę na poziomie 57 mln zł. Cały bilans płatniczy też zamknął się na plusie, kwotą 132 mln euro (analitycy oczekiwali deficytu).
Nie dość, że NBP opublikował bardzo dobre dane, to jeszcze zmodyfikował - na korzyść eksporterów - wyniki za styczeń. Nasza sprzedaż zagraniczna wyniosła 5,6 mld zł, a nie 5,51 mld zł, jak bank centralny podał wcześniej. W efekcie jej roczna dynamika wzrosła do 31,6% z wcześniej szacowanych 29,4%. Ponieważ większy był też import, nadwyżka w obrotach handlowych nieznacznie spadła w stosunku do pierwotnych wyliczeń (do 142 mln euro ze 158 mln).
Dlaczego eksport nadal rośnie? Powodów może być kilka. Ekonomiści wskazują m.in. na to, że kontrakty dziś rozliczane mogły być podpisane wiele miesięcy wcześniej. Poza tym, nasze towary są nadal bardzo konkurencyjne na zagranicznych rynkach. Wynika to po pierwsze z kilkakrotnie niższych kosztów pracy niż np. w Niemczech, a po drugie stąd, że waluty innych państw z naszego regionu (np. Czech i Węgier) też się umocniły po rozszerzeniu Unii Europejskiej.
Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK, zwraca jednak uwagę, że nie powinniśmy się bezkrytycznie cieszyć ze wzrostu eksportu. Dlaczego? - Bo dynamika jest co prawda wysoka, ale opłacalność eksportu się zmniejsza, gdy złoty jest silniejszy. A to oznacza, że firmy mają mniej pieniędzy np. na inwestycje.