Giełdową klasyką jest sytuacja, w której indeksy rosną po "ścianie strachu". Obserwujemy to na GPW od wielu tygodni choćby przez pryzmat Wigometru czy absurdalnie ujemnej bazy. Na amerykańskim parkiecie sytuacja jest zdecydowanie bardziej skomplikowana. Najpierw należy przypomnieć, że tam pesymizmem jest... niska skala optymizmu (jedynie dwukrotnie więcej optymistów), jakże specyficznego dla amerykańskich inwestorów i analityków. Jednak w zeszłotygodniowej ankiecie Investor?s Intelligence liczba byków (57,3%) w porównaniu z niedźwiedziami (22,5%) osiągnęła już trochę nieprzyzwoite rozmiary. Czy można automatycznie przekładać to na prognozę spadków? Gdyby to było takie pewne, to wszyscy byliby bogaci.

Podobne poziomy optymizmu wskaźnik zanotował na początku lipca. Mimo to w kolejnych tygodniach przez rynek przeszła dynamiczna fala wzrostowa. Rozwiązaniem zagadki ewentualnego błędnego kontrariańskiego odczytu może być chociażby tylko krótka analiza biuletynów inwestycyjnych (bardzo popularnych w USA), których wiernym czytelnikiem od 25 lat jest Mark Hulbert. Na podstawie analizy 160 biuletynów wybrał najlepszą dziesiątkę (nie tylko wynik miał znaczenie). Wszyscy na koniec czerwca solidarnie byli optymistami. Jak się okazało, bardzo słusznie. Prognozy na sierpień są w tym wypadku nie mniej bycze. Najbardziej "pesymistyczny" analityk z tych dziesięciu wspaniałych ma neutralne nastawienie do rynku (przez rosnące stopy procentowe), choć dalej rekomenduje aż 70% alokacji w akcje. Sygnałem do trwałego zwrotu giełdowych indeksów będzie sytuacja, w której ci najlepsi z najlepszych stracą optymizm, a pozostali wciąż będą wypatrywać wzrostu. Tekst ten niech będzie też przestrogą przed automatycznym przekładaniem ujemnej bazy na pewność co do wzrostu WIG20.