Sprawa dotyczyła zatrudnienia w 1995 r. charyzmatycznego hollywoodzkiego agenta Michaela Ovitza jako prezesa Disneya. Gdy okazało się, że nominacja jest niewypałem, po roku i dwóch miesiącach Ovitza zwolniono z odprawą w wysokości 140 mln USD. Wywołało to prawdziwą burzę wśród inwestorów. Z zeznań świadków podczas procesu wynikało, że w czasie swoich krótkich rządów Ovitz dał się poznać jako arogant, rozrzutnik i osobnik, który potrafił skonfliktować członków wyższego menedżmentu. Ówczesny dyrektor generalny Disneya Michael Eisner określił go nawet w wewnętrznej korespondencji spółki jako "psychopatę" z poważnymi "problemami charakterologicznymi". Akcjonariusze twierdzili, że wyniki osiągane przez Ovitza były tak złe, że zasługiwał on jedynie na zwolnienie dyscyplinarne bez żadnej odprawy. Zarówno Eisner, jak i Ovitz utrzymywali jednak podczas procesu, że mimo burzliwej prezesury nie popełnił on żadnego poważnego błędu czy nadużycia, które pozwalałyby na zerwanie kontraktu.

Sąd w Delaware uznał więc, że zwolnienie Ovitza z gigantyczną odprawą (podobnie jak poprzednie jego zatrudnienie) nie stanowiło złamania "odpowiedzialności finansowej", jaka ciąży na zarządzie spółki publicznej. Nie wchodzi więc w rachubę zarzut marnotrawienia pieniędzy akcjonariuszy. Sędzia William Chandler III przyznał jednak, że działalność władz Disneya "była daleka od tego, co uważa się za najlepsze praktyki kierowania idealną spółką publiczną". Sąd przyznał, że ryzyko jest immanentnie wpisane w prowadzenia biznesu. Sprawa cieszyła się zainteresowaniem mediów, gdyż w postępowaniu sądowym obnażono mechanizmy rządzące jedną z największych spółek w USA.