Okazuje się, że biopaliwa nie są takie be. W końcu inni też dolewają i im samochody jeżdżą, więc dlaczego nagle akurat w Polsce miałyby stawać. No i jest jeszcze jedno - biobenzyna nalewana do baku jest tańsza od petrobenzyny. Trudno w tej chwili dywagować, czy jest tak dlatego, że ropa naftowa tak strasznie droga, czy również z powodu bardzo wysokich obciążeń podatkowych, a może też i dlatego, że nasze firmy petrochemiczne kupują surowiec do produkcji od pośredników po mocno zawyżonych cenach. Prawda jest taka, że wystarczy dolać do benzyny trochę spirytusu i już człowiek płaci mniej.
Oczywiście, tym, którzy nabywają w sklepach wodny roztwór spirytusu po cenach zaczynających się od 20 zł za pół litra, ten rachunek ekonomiczny może się wydać mocno naciągany. Ale tak jest między innymi dlatego, że obłożenie wódki akcyzą jest jeszcze wyższe niż benzyny. Poza tym - można wlewać także inne substancje, powstałe np. z przeróbki rzepaku czy innych roślin.
Za biopaliwami od dawna tęsknią już rolnicy. Teraz zaczynają wzdychać sprzedawcy paliw. Wkrótce - całkiem możliwe, że już w trakcie kampanii wyborczej - orędownikami dolewania spirytusu do benzyny zostaną politycy, przede wszystkim ci, którzy pozują na chłopów. I wtedy się okaże, że PSL, które nieugięcie forsowało ustawę o dolewaniu, walczyło i o dobro konsumentów, i polską rację stanu.
Tak samo jak powrót biopaliw, zaskoczyła mnie informacja, że coraz więcej partii chce wprowadzać ulgi podatkowe na dzieci. Rzecz niby prosta i nieskomplikowana - że im więcej ludzi, tym większe PKB, czego przykładem są Chiny, a wkrótce będą Indie. Bez dzieci za jakiś czas gospodarka rozwijać się nie będzie, bo nie będzie miał kto robić. Ale jakiś czas temu sprawa nie była taka jasna. Kilka lat temu, gdy pojawił się pomysł mnożenia przysługującej podatnikowi kwoty wolnej poprzez liczbę dzieci w rodzinie, uznano to za głupotę i Ciemnogród. W końcu - jak przekonywali znani ekonomiści - wysokość podatków, czyli także wielkość dochodów, nie ma związku z dziećmi, a jeśli już - to odwrotny.
Teraz okazuje się, że za ulgami prorodzinnymi jest coraz więcej partii, podobnie jak coraz więcej miejscowości jest skłonnych wypłacać pieniądze za urodzenie dziecka. Jest wątpliwe, aby zmiany w podatkach spowodowały wzrost liczby urodzeń, choć może przynajmniej spowolnią ich spadek. Ale kto wie, za jakiś czas ktoś może wreszcie pójdzie po rozum do głowy i państwo zacznie wypłacać jakieś kwoty co miesiąc każdej matce. Bo mnie zawsze dziwiło, że zamiast inwestować w przyszłość, polscy politycy chętniej dają kasę różnego rodzaju leniom i złodziejom.