Jak wynika z szacunków firmy Emerging Portfolio Fund Research, w przedostatnim tygodniu września z rynku akcji w USA odpłynęło niemal 3 mld USD - najwięcej od lutego. W tym samym czasie na wschodzące rynki napłynęło ponad 9 mld USD (najwięcej w tym roku), co tłumaczy panującą hossę w tym segmencie. Amerykański S&P 500 wypada słabo nie tylko na tle rynków wschodzących, ale także Europy Zachodniej. Siła relatywna amerykańskiego indeksu zanotowała właśnie nowe kilkuletnie minimum względem niemieckiego DAX-a.
Gospodarka nie zachwyca
Jedną z przyczyn małej atrakcyjności amerykańskich akcji jest brak wyraźnych, pozytywnych sygnałów z tamtejszej gospodarki. Roczna dynamika produkcji przemysłowej utknęła w sierpniu na poziomie 3,1%. To wartość bliska minimum tendencji spadkowej, utrzymującej się od połowy ubiegłego roku, kiedy roczny wzrost produkcji przemysłowej przekraczał 5%. Obecny wzrost gospodarczy jest co prawda wystarczający, by podtrzymać kursy akcji na wysokich poziomach, ale niedostateczny, by zdecydowanie popchnąć je w górę. To powód, dla którego S&P 500 znajduje się ciągle na poziomie jeszcze z marca.
Niejednoznaczne sygnały wynikają z analizy inflacji w USA. Niepokój budzi roczny wskaźnik CPI (cen konsumpcyjnych), który w sierpniu przekroczył 3,5%. Oznacza to wzrost cen, najwyższy od połowy 2001 r. To także powód, dla którego Fed podnosi stopy procentowe. Stosunkowo wysoka inflacja to jednak efekt przede wszystkim drogich paliw, a nie presji popytu w amerykańskiej gospodarce. Wyraźnie pokazuje to roczny wskaźnik inflacji bazowej (po wyłączeniu cen energii i żywności), który ledwo przekracza 2% i jest sporo poniżej lutowego szczytu (2,4%).
Mozolny trend