Reklama

Czekają nas kolejne rekordy

Kluczowe wsparcie dla rynku to konsolidacja z sierpnia. Odgradza hossę od bessy. Dopóki nie spadniemy niżej, bardziej prawdopodobne będą kolejne rekordy. Gdy się już pojawią, będziemy się zastanawiać nad ewakuacją.

Publikacja: 24.10.2005 10:06

Przebieg notowań był w ostatnim tygodniu odmienny niż w dwóch poprzednich. Przewaga podaży nie była już tak jednoznaczna. Pojawiło się kilka czynników, które mogą świadczyć o tym, że teraz do gry wkracza popyt. Zauważmy, że tydzień zamknął się na poziomie wyższym od poniedziałkowego otwarcia (kontrakty). Najwyższe obroty były w środę, gdy rynek zawracał. Może to sugerować, że popyt powoli zaczyna przeważać. Do tego dochodzi kilka innych czynników, już o charakterze średnio-, czy nawet długoterminowym. Polski rynek akcji znajduje się w trendzie wzrostowym właściwie od ponad czterech lat. Wzrost jest na tyle długi, że można się do niego przyzwyczaić. Dla sporej grupy inwestorów jasne jest, że żadna tendencja nie może trwać wiecznie i w końcu rynek musi zacząć spadać. Im dłużej trwa zwyżka, tym większe ryzyko ponownego otwarcia długiej pozycji. Takie są przynajmniej odczucia, bo przecież nikt nie lubi gasić światła.

Nie ma mocnych na szczyt

Obawy o zakończenie wzrostu zostały skutecznie spotęgowane przez poprzednie dwa tygodnie spadku cen i nie zostały rozwiane w tygodniu, który właśnie się zakończył. Skala zniżki od szczytu (w środę sięgnęła 12%) z pewnością u wielu wywołała przypuszczenie, że wierzchołek hossy został już wyznaczony i teraz rynek będzie podążał na południe. Z pewnością wiele narzędzi, z których korzystają gracze, wygenerowało sygnały sprzedaży. Co ważniejsze, dotyczy to także narzędzi średnioterminowych. Czy sprawa jest już przesądzona?

Jestem zdania, że sprawa nie jest tak prosta, jakby to na pierwszy rzut oka wyglądało. Zwracałem uwagę na to, że kreślenie szczytu to specyficzny okres. Nie należy się spodziewać, że rynek łatwo wskaże nam moment zmiany trendu. Nie tym razem. Gdy spojrzymy na wykresy cen, gdy wyznaczane były ważne szczyty, to zauważymy, że nie jest to łagodne odwrócenie tendencji, ale czas gwałtownych zmian w krótkim terminie, wywołanych równie gwałtownymi zmianami nastrojów.

Nie przypuszczam, by istniało narzędzie skutecznie wskazujące kierunek pozycji przy każdym szczycie. Zresztą, potwierdza to zachowanie rynku, gdy wierzchołek faktycznie zostaje wyznaczony. Znaczna większość graczy jest tym mocno zaskoczona, co uwidacznia się w tempie spadków. Wszyscy nagle mają ochotę sprzedać papiery. Sypią się sygnały sprzedaży w każdym horyzoncie inwestycji. Obronną ręką z tej opresji wychodzi niewielka grupa graczy. Jedni to szczęściarze, którzy akurat posiadali krótką pozycję w newralgicznym momencie. Drudzy to ci, którzy nie tracą, ale nie zyskują, bo wyszli z rynku przed szczytem z postanowieniem przeczekania najtrudniejszego okresu. Uważam, że właśnie ta strategia jest najrozsądniejsza. Mało efektowna, ale efektywna. Oczywiście, można liczyć, że będzie się szczęściarzem, ale to jest jak gra w totka, tylko za wyższe stawki.

Reklama
Reklama

Dlaczego

koniec wzrostu?

Wszystko to piszę z jednym założeniem: że rynek zachowuje się tak, jakby miał się szykować do wyznaczenia ważnego szczytu. Moim zdaniem są bardzo małe szanse na to, by to przypuszczenie nie zostało zrealizowane. Co skłania do takiego wniosku? Długość trendu wzrostowego - od dołka rośniemy już ponad cztery lata. Zwiększająca się zmienność, a zwłaszcza tempo zwyżki przed wykreśleniem ostatniego spadku. Było ono już znaczne i wykres powoli wchodził w hiperbolę, która - jak wiadomo - kończy tendencję.

Kluczem pozostają emocje i nastroje rynkowe. Zauważmy, że w czasie kreślenia szczytu są one bardzo optymistyczne. Każdy znajduje wiele argumentów za tym, by ceny dalej rosły. Teraz, ale i przed samą korektą, wielkiego optymizmu nie było wcale widać. Nie było sytuacji, w której rzucałoby się w oczy, że każdy chce mieć papiery. Raczej widać było oczekiwanie na spadek cen. Ten w końcu się pojawił i nagle skokowo wzrosła liczba komentatorów wieszczących zniżkę. Wygląda na to, jakby wszyscy złapali zyskowne pozycje. Problem w tym, co zawsze podkreślam, że rynek nie porusza się w kierunku, jakiego oczekuje większość.Dlaczego

początek spadku?

Owszem, argumentów za spadkami jest naprawdę wiele. Czy nie zastanawiało nikogo, dlaczego mimo tak świetlanych perspektywy i spadających stóp procentowych inwestycje kuleją? Od dobrych dwóch lat powtarzają się te same oczekiwania, że to właśnie popyt wewnętrzny będzie motorem wzrostu, bo eksport przestanie sobie radzić. Na razie, przy coraz mocniejszej złotówce, to właśnie eksport jakoś się trzyma, a oczekiwana podpora w postaci inwestycji jakoś nie może powstać. Skąd więc to powszechne oczekiwanie na prosperity, czego przejawem jest choćby hossa na giełdzie?

Reklama
Reklama

No tak, można powiedzieć, że hossa to efekt wejścia Polski do Unii Europejskiej, co przecież zmniejszyło ryzyko inwestycji nad Wisłą. Jest ona także przejawem oczekiwania na wejście do strefy euro. Przy czym okazuje się, że to ostatnie już się odwleka. Przypomnę, że jeszcze kilka lat temu mówiło się o 2006, czy 2007 roku jako o dacie przyjęcia euro. Teraz ugrupowanie, które wygrało wybory, nie widzi potrzeby, by przyjmować euro za wszelką cenę. I co? Rynek na to nie reaguje? Najpierw się cieszy, że do euro wejdziemy, a później ignoruje opóźnianie przyjęcia wspólnej waluty?

Stopy procentowe

na tapecie

Nie będę sobą, jeśli po raz kolejny nie przypomnę, że układ stóp procentowych jest dla nas coraz mniej korzystny. W USA stopy stale rosną i na razie nie widać przesłanek, by miało się to zmienić. W ostatnim tygodniu, oprócz napływających informacji ze spółek, mieliśmy także kolejną falę wypowiedzi członków zarządu rezerwy federalnej. Prezesi poszczególnych banków wypowiadali się na temat polityki monetarnej, a konkluzje były takie same: w tej chwili nie ma podstaw do wyhamowania sekwencji podwyżek stóp procentowych. Kolejne skoki o 25 pkt bazowych na kolejnych dwóch posiedzeniach są już przez rynek zdyskontowane. Co do posiedzenia styczniowego nie ma jeszcze "stuprocentowej pewności".

Tymczasem u nas spekuluje się o kolejnych obniżkach. Wprawdzie na najbliższym (w tym tygodniu) posiedzeniu jeszcze ruchów nie należy się spodziewać, ale już teraz mówi się, że kolejne posiedzenie przyniesie cięcie o 25 pkt bazowych. Nie jest wykluczone, że będzie to już ostatni ruch w tym kierunku, choć są głosy, że czeka nas jeszcze jedna obniżka. Z pewnością zaprzestanie cięć nie spotka się ze zrozumieniem ze strony nowego rządu. Tylko, czy faktycznie jest sens się przejmować tym, co mówią przedstawiciele (na razie tylko potencjalni) rządu, skoro panuje tu myślenie życzeniowe i oczekiwania niemal oderwane od rzeczywistości? Kto przy zdrowych zmysłach, mający pojęcie o podstawowej na rynkach relacji ryzyko/dochód, oczekiwałby spadku naszych stóp procentowych do poziomu "europejskiego"? Niestety, są tacy, a nieszczęście jest tym większe, że głośno te oczekiwania wypowiadają. Z pewnością nie będzie dla nich dobrą wiadomością to, że trwa w tej chwili dyskusja o podwyżkach stóp procentowych w Europie.

Płonne nadzieje

Reklama
Reklama

Istnieje też wiele innych czynników, które mogą mieć wpływ na nasze notowania. Czy faktycznie rynek już zdyskontował przegraną PO? Na ile zakupy polskich akcji wiązały się z oczekiwaniem na przyspieszenie zmian w gospodarce na miarę "drugiego planu Balcerowicza"? Już teraz widać, że pomysły PiS to propozycje mocno socjalne, które nie mają wiele wspólnego z poważną reformą budżetu. Nikt nie da się zwieść, że na administracji można zaoszczędzić krocie. To nie tu należy szukać rezerw. Teraz panuje jeszcze przekonanie, że ta retoryka wynikała z kampanii prezydenckiej. Wiele wyjaśni program rządu. Można jednak już śmiało powiedzieć, że z pewnością nie będzie taki, na jaki liczono jeszcze w lecie.

Za wysoko

na spokojną korektę

Nie są to może argumenty za wielką bessą. Można przypuszczać, że gdybyśmy byli w okolicach 2000 pkt, to pewnie wszystko skończyłoby się kolejnym kilkumiesięcznym spokojnym spadkiem. Niestety, rynek zawędrował już za daleko. Tym samym trzeba się liczyć z tym, że spadek będzie bolesny. Wzrost powoli traci oparcie w poważnych argumentach i nadejdzie chwila, że pozostaną już tylko emocje.

Nie zapominajmy o jeszcze jednym. W ostatnich miesiącach po stronie popytu dało się zauważyć sporą aktywność graczy zagranicznych. Jeszcze się nie zdarzyło, by ich działania były błędne. To zwykle oni są inicjatorami ruchów i na tych ruchach zarabiają. Nie przypuszczam, by tym razem miało być inaczej. Zatem "zagranica" musi mieć okazję do wyjścia z rynku. Zapewne nieco uszczupliła swoje portfele w poprzednich tygodniach, ale kapitał ulokowany u nas jest znacznie większy. Najlepiej go wypchnąć, gdy nastroje są dobre. Dlatego m.in. sądzę, że czeka nas jeszcze zwyżka.

Reklama
Reklama

Cierpliwość, czyli wszystko

w swoim czasie

Mimo wymienionych argumentów sądzę, że można spodziewać się przynajmniej zbliżenia do szczytów hossy, choć osobiście jestem zdania, że będziemy świadkami nowych rekordów. Wiele wskazuje na to, że dołek z ostatniej środy nie zostanie w najbliższym czasie pokonany, choć tu nie można wykluczyć niespodzianki (mnie wydaje się ona bardzo mało prawdopodobna). Trzeba jednak pamiętać, że kluczowym wsparciem pozostaje konsolidacja z sierpnia. Jest to w tej chwili poziom, który odgradza hossę od bessy. Dopóki nie spadniemy niżej, cały czas bardziej prawdopodobne będą nowe rekordy hossy. Gdy już się pojawią, będziemy się zastanawiać nad ewakuacją.

Czy można to brać za optymizm? Nic z tych rzeczy. Moje nastawienie do rynku jest wielce sceptyczne. Oczekiwanie rekordów wynika po prostu z kalkulacji. Mimo że widzę wiele argumentów za spadkiem cen, to pamiętam, by kierować się najważniejszą cechą potrzebną do gry - cierpliwością. Przyjdzie czas, gdy argumenty za spadkiem przeważą, ale rynek musi swoje przejść. Tym "swoim" jest teraz moment dużego optymizmu oraz okres dynamicznych zmian nastrojów.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama