Przebieg notowań był w ostatnim tygodniu odmienny niż w dwóch poprzednich. Przewaga podaży nie była już tak jednoznaczna. Pojawiło się kilka czynników, które mogą świadczyć o tym, że teraz do gry wkracza popyt. Zauważmy, że tydzień zamknął się na poziomie wyższym od poniedziałkowego otwarcia (kontrakty). Najwyższe obroty były w środę, gdy rynek zawracał. Może to sugerować, że popyt powoli zaczyna przeważać. Do tego dochodzi kilka innych czynników, już o charakterze średnio-, czy nawet długoterminowym. Polski rynek akcji znajduje się w trendzie wzrostowym właściwie od ponad czterech lat. Wzrost jest na tyle długi, że można się do niego przyzwyczaić. Dla sporej grupy inwestorów jasne jest, że żadna tendencja nie może trwać wiecznie i w końcu rynek musi zacząć spadać. Im dłużej trwa zwyżka, tym większe ryzyko ponownego otwarcia długiej pozycji. Takie są przynajmniej odczucia, bo przecież nikt nie lubi gasić światła.
Nie ma mocnych na szczyt
Obawy o zakończenie wzrostu zostały skutecznie spotęgowane przez poprzednie dwa tygodnie spadku cen i nie zostały rozwiane w tygodniu, który właśnie się zakończył. Skala zniżki od szczytu (w środę sięgnęła 12%) z pewnością u wielu wywołała przypuszczenie, że wierzchołek hossy został już wyznaczony i teraz rynek będzie podążał na południe. Z pewnością wiele narzędzi, z których korzystają gracze, wygenerowało sygnały sprzedaży. Co ważniejsze, dotyczy to także narzędzi średnioterminowych. Czy sprawa jest już przesądzona?
Jestem zdania, że sprawa nie jest tak prosta, jakby to na pierwszy rzut oka wyglądało. Zwracałem uwagę na to, że kreślenie szczytu to specyficzny okres. Nie należy się spodziewać, że rynek łatwo wskaże nam moment zmiany trendu. Nie tym razem. Gdy spojrzymy na wykresy cen, gdy wyznaczane były ważne szczyty, to zauważymy, że nie jest to łagodne odwrócenie tendencji, ale czas gwałtownych zmian w krótkim terminie, wywołanych równie gwałtownymi zmianami nastrojów.
Nie przypuszczam, by istniało narzędzie skutecznie wskazujące kierunek pozycji przy każdym szczycie. Zresztą, potwierdza to zachowanie rynku, gdy wierzchołek faktycznie zostaje wyznaczony. Znaczna większość graczy jest tym mocno zaskoczona, co uwidacznia się w tempie spadków. Wszyscy nagle mają ochotę sprzedać papiery. Sypią się sygnały sprzedaży w każdym horyzoncie inwestycji. Obronną ręką z tej opresji wychodzi niewielka grupa graczy. Jedni to szczęściarze, którzy akurat posiadali krótką pozycję w newralgicznym momencie. Drudzy to ci, którzy nie tracą, ale nie zyskują, bo wyszli z rynku przed szczytem z postanowieniem przeczekania najtrudniejszego okresu. Uważam, że właśnie ta strategia jest najrozsądniejsza. Mało efektowna, ale efektywna. Oczywiście, można liczyć, że będzie się szczęściarzem, ale to jest jak gra w totka, tylko za wyższe stawki.