Trudno pisać o takim rynku. Od początku listopada przebywamy w bardzo wąskiej konsolidacji (prognozowanej niestety na cały listopad) i dzisiejsza sesja wpisuje się w jej obszar. Większość sesji to osuwanie po wysokim otwarciu, ale nie można zapisać tego na konto niedźwiedzich argumentów. Nie było widać presji podaży, co wyrażają zarówno niskie obroty, jak i brak dużych transakcji, ujawniających aktywność największych funduszy. Falowaliśmy w rytm zachodnich parkietów, a niska płynność większości papierów sprawiała, że część kursów ustalana była zupełnie przypadkowo.
Kulminacją tego było zrobienie minimum indeksu tuż przed danymi w USA, gdy WIG20 stracił 0,5% po paru mało znaczących transakcjach. W ostatnich dwóch tygodniach takich sesji było już wiele i gdyby ktoś chciał na ich podstawie prognozować następny krok rynku, to co chwila przeżywałby rozczarowanie i musiał zmieniać kierunek. Na razie inwestorzy znaleźli poziom równowagi i czekamy na mocniejsze impulsy. Takim mogły być wczorajsze dane w USA, ale rozbieżności były zbyt małe, by ustalić kierunek amerykańskich indeksów. Pozostaje nadzieja, że środowy CPI przyniesie mocniejszą niespodziankę. Na razie trzeba spokojnie tę konsolidację przeczekać, a jeśli komuś spieszno do zysków i strat, to w ostatnim czasie dość niezauważenie kilka balonów jest dmuchanych (a część już przekutych) wśród małych spółek, o których jednak z imienia i nazwiska pisać tutaj nie wypada. Spółki to zbyt małe i zbyt łatwo wpływa się na ich kursy każdym publicznym komentarzem, bo przecież większość z tych ruchów po kilkadziesiąt procent opiera się jedynie na nastrojach (czytaj - spekulacji), a nie na fundamentach. To trochę takie podrzędne kasyna, w porównaniu z głównym deptakiem Las Vegas, jakim są kontrakty na WIG20.