Minister Tanigaki zabrał głos po opublikowaniu raportu, który wykazał większy niż oczekiwano spadek cen konsumpcyjnych w Tokio. W skali całego kraju ceny przestały wprawdzie spadać, ale wszystko przemawia za tym, że Bank Japonii, pod wpływem politycznych nacisków, będzie wstrzymywał się ze zbyt wczesnym podniesieniem stóp procentowych. A to sprzyja umacnianiu się kursu dolara. W piątek w Londynie płacono za dolara 119,40 jena, w porównaniu ze 118,92 w czwartek wieczorem.
Wszystko wskazuje na to, że bieżący rok będzie pierwszym od czterech lat, w którym dolar umocni się w stosunku do jena. Obecnie jego kurs jest o 16,5% wyższy niż na początku roku. Ale też Fed podniósł stopy w tym okresie siedem razy (główną do 4%) i zapowiada dalsze podwyżki, a w Japonii wciąż są one utrzymywane na poziomie zbliżonym do zera. Różnica w rentowności między 10-letnimi obligacjami skarbowymi USA i podobnymi papierami japońskimi sięga 3 pkt proc.
Dolar umocnił się też zresztą w stosunku do euro do 1,1754, z 1,1789 w czwartek. Inwestorzy zareagowali w ten sposób na opinię Jean-Claude Tricheta, który w wywiadzie prasowym powiedział, że nie widzi potrzeby "wielokrotnego" podnoszenia stóp.
Ceny bazowe w Japonii, czyli bez uwzględniania świeżej żywności, w październiku nie zmieniły się w stosunku do ub.r. We wrześniu jeszcze spadły o 0,1%. Minister Tanigaki podkreślił jednak, że trzeba obserwować wszystkie ceny, nie tylko inflację bazową. - Nie zmieniła się sytuacja, w której rząd musi współpracować z bankiem centralnym nad przezwyciężeniem deflacji - podkreślił. Zwłaszcza że ceny w Tokio, gdzie mieszka co dziesiąty Japończyk, spadły o 0,3% w porównaniu z ub.r.
Bloomberg