Reklama

Zapaliło się żółte światło

Najbliższym wsparciem jest konsolidacja z pierwszej połowy listopada. Dopóki ceny trzymają się nad jej poziomem, jest szansa na rychły atak na szczyty - choć to scenariusz coraz mniej prawdopodobny. Gdy wsparcie zostanie przełamane, na nowe rekordy trzeba będzie poczekać dłużej. Bardziej prawdopodobny będzie ruch w kierunku październikowych dołków.

Publikacja: 28.11.2005 09:22

Ubiegły tydzień nie obfitował w ważne wydarzenia na rynkach światowych. Główną tego przyczyną było czwartkowe święto w USA. Środa stała już pod znakiem przygotowań do święta. W piątek notowania w USA były skrócone. Jedynym wartym uwagi zdarzeniem była wtorkowa publikacja informacji o przebiegu ostatniego posiedzenia amerykańskiego komitetu otwartego rynku banku rezerwy federalnej (FOMC).

Na rodzimym parkiecie nie było ciekawiej. Na politykę patrzymy coraz mniej uważnie. Sprzeczne informacje pochodzące od rządzących powoli sprawiają, że przestajemy zwracać na nie uwagę. Nikt nie jest w stanie stwierdzić, jaka jest faktyczna strategia rządu. Przedwyborcze obietnice są teraz brutalnie rewidowane, potwierdzając przypuszczenie, że były jedynie hasłami, które miały przysporzyć poparcia. Każda decyzja dotycząca kosztowniejszego projektu jest odwlekana. Z jednej strony to przejaw politycznego cynizmu, ale z drugiej - daje pewną gwarancję, że w sferze finansowej rząd będzie się trzymał założeń. Właśnie chyba to przekonanie wpłynęło na poziom notowań złotego, który znacząco się umocnił. Można tylko mieć nadzieję, że minister Teresa Lubińska ponownie nie chlapnie czegoś, co przeceni polską walutę. W tym wypadku "milczenie jest złotym".

Dobre dni w USA

Umocnienie się złotego to także efekt wspomnianej już publikacji informacji o przebiegu posiedzenia FOMC z początku listopada. Okazało się, że kilku członków komitetu jest zdania, że trwająca od półtora roku sekwencja podwyżek stóp procentowych w USA powinna być powoli wyhamowywana, by "nie zajść za daleko". Zdaniem autorów tej tezy, kontynuacja podwyżek może mieć negatywny wpływ na dynamikę wzrostu gospodarczego. Reakcja rynku była jednoznaczna. Dolar stracił na wartości, a skoczyły ceny obligacji (spadła rentowność) oraz ceny akcji. Taki układ jest korzystny dla rynków wschodzących. Spadająca rentowność amerykańskich papierów skarbowych zwiększa relatywną atrakcyjność inwestycji alternatywnych, także i w naszym regionie. Mogłoby się więc wydawać, że takie wiadomości pomogą naszemu rynkowi akcji, ale stało się inaczej. Złoty wprawdzie zyskał, ale nie przełożyło się to na zwiększoną chęć zakupów polskich akcji. Właściwie przez cały tydzień nie widać było większych graczy. Zważywszy na sytuację w USA, gdzie z każdą sesją indeksy były coraz wyżej, a rentowność obligacji spadała, nasz rynek wypadł bardzo blado.

Skąd się bierze ta rezerwa w naśladowaniu wydarzeń zza oceanu? Pewną wskazówką może być sytuacja na rynku złota. Ostatnie dwa tygodnie to dynamiczny skok ceny i zbliżenie się do poziomu 500 dolarów za uncję. Jak wiadomo, w dłuższym terminie rynek akcji i rynek złota są ze sobą skorelowane ujemnie. Zatem jednoczesny wzrost cen na rynku akcji i na rynku złota może stawiać pod znakiem zapytania wiarygodność jednego z nich. Rzadko się zdarza, by oba rynki szły w tym samym kierunku i dotyczy to jedynie sytuacji, gdy mamy do czynienia z poważniejszymi ruchami na rynku dolara. Gdyby w czasie ostatniego tygodnia doszło do poważnego osłabienia dolara, można by właśnie tym tłumaczyć pozytywną korelację cen akcji i złota. Dolar jednak jest stosunkowo stabilny, a więc jednak któryś z dwóch rynków się zagalopował. Po zachowaniu się naszych indeksów można dojść do wniosku, że polscy gracze nie dają wiary wzrostowi indeksów.

Reklama
Reklama

Zaskakująca

bierność kupujących

Bierność naszego rynku jest także zastanawiająca sama w sobie. Przyznam, że jest ona dla mnie podstawą rewizji pewnych wcześniejszych założeń, choć główna teza, że szczyt hossy mamy jeszcze przed sobą, na razie pozostaje aktualna. W tej chwili pozwolę sobie na małe przypomnienie. Sięgnijmy to tekstu z końca września: "Nie należy liczyć na to, że szczyt okaże się pojedynczą szpicą. Jak uczy nas historia, zmiana kierunku trendu z wzrostowego na spadkowy trwa kilka tygodni. Taki scenariusz miał miejsce zarówno przy wyznaczaniu szczytu w 1994, jak i 2000 roku. Oczywiście teraz może być inaczej, ale chyba tylko w kwestii długości tego procesu. Inicjatorzy tego wzrostu, gracze z zagranicy, posiadają teraz polskie papiery i muszą się ich jakoś pozbyć. Kolejne rekordy są do tego wymarzoną okazją. Trzeba tylko wywołać optymizm, a jak to zrobić prościej niż najpierw trochę postraszyć, a potem uspokajająco poklepać po plecach? Głębsza korekta rynek przestraszy, a uspokajająco i optymistycznie zadziałają następujące po niej rekordy." Nie cytuję siebie, by udowodnić, że miałem rację, Miałem, ale tylko częściowo.

Spodziewając się głębszej korekty wzrostu sądziłem, że nie będzie ona zbyt długo trwać oraz że zwyżka cen, jaka po niej się pojawi, będzie dynamiczna i odpowiednia do emocji towarzyszącym kreśleniu szczytu. Październik faktycznie przyniósł spadek cen, który można uznać za głębszą korektę. Później ceny nieco wzrosły. W połowie drogi nastąpił jednak przystanek. Po kilku dniach konsolidacji uznałem, że rynek kreśli małą korektę (flagę) i wkrótce się wybije w górę. Szybko rosła LOP, co pozwalało oczekiwać na dynamiczny ruch. Problem w tym, że ta korekta trwała aż dwa tygodnie. Jak na flagę to dość długo. Wybicie rzeczywiście było dynamiczne, ale trwało właściwie tylko jeden dzień, co w takiej sytuacji można uznać za porażkę popytu. Nie było szaleństwa zakupów, a posiadacze krótkich pozycji wcale nie byli tak skorzy do ucieczki. W następnych dniach powróciliśmy do poziomu konsolidacji. LOP szybko stopniała, a obserwowana wcześniej polaryzacja rynku rozeszła się po kościach. Rynek trzyma się jeszcze nad poziomem tej konsolidacji, ale nie jest wykluczone, że spadnie niżej.

Światło ostrzegawcze

Bierność popytu w sytuacji, gdy powinien być bardzo widoczny, zapala żółte światło ostrzegawcze. Jeśli trzymać się wrześniowych założeń, to teraz powinniśmy mieć okres śmiałych zakupów, nowych rekordów i ogromnego optymizmu. Zamiast tego mamy impotencję popytu. Gdy zbliżyliśmy się do okolic szczytu, zabrakło kupujących. Jakie nasuwają się wnioski? Patrząc na rynek z dalszej perspektywy nadal twierdzę, że obecne wahania można bez problemu uznać za korekcyjne w stosunku do poprzedniego okresu wzrostu. Świadczy o tym brak oznak wykreślanego szczytu we wrześniu oraz niewielka skala spadku cen w październiku. Przypomnę, że sięgnął on ledwie poziomu zniesienia 38,2% ostatniej fali wzrostowej. Nie porównuję nawet tej korekty do całej hossy zapoczątkowanej formalnie jeszcze w 2001 roku.

Reklama
Reklama

Wprawdzie nic nie jest jeszcze przesądzone, ale wygląda na to, że kreślenie spadku znacznie się przedłuży. Patrząc na rynek jakoś nie widzę w tej chwili szans na dynamiczny powrót do wzrostu i zaliczania nowych rekordów. Oczywiście, ostateczną odpowiedź da nam sam rynek. Moim zdaniem, zejście cen poniżej ostatniej dwutygodniowej konsolidacji, do poziomu której ostatnio powróciliśmy, przekreśli szanse na rychłe rekordy. Będzie to sygnał słabości, który raczej otworzy nam drogę do okolic październikowych dołków. Jeśli rzeczywiście zaczniemy spadać, nie będzie zaskoczeniem, jeśli te dołki zostaną nieznacznie pokonane. Nieznacznie, bo cały czas mamy na uwadze konsolidację z sierpnia br. To była ostatnia ważniejsza konsolidacja przed wyznaczeniem lokalnego szczytu na przełomie września i października. Ostatnie wydarzenia nie zmieniają faktu, że cały czas znajdujemy się nad jej poziomem. To daje podstawę do twierdzenia, że w dłuższym terminie mamy nadal trend wzrostowy. Jeśli ceny spadłyby trwale poniżej tego poziomu, to musiałbym uznać, że koncepcja korekty przed wyznaczeniem szczytu była błędna, a lokalny szczyt z pierwszych dni jesieni jest faktycznym szczytem hossy. Przyznam, że takie rozwiązanie mocno by mnie zdziwiło, ale z faktami nigdy nie należy się kłócić. Niezależnie od tego, co się myśli i jakie scenariusze chodzą człowiekowi po głowie, na pierwszym miejscu zawsze pozostaje założenie, że "rynek się nie myli". To nie zmiany rynkowe naciąga się do swojej oceny, ale tę ocenę trzeba dopasować do zmieniających się warunków.

Jak do tego podejść?

Strategia na najbliższe tygodnie wydaje się więc następująca: mamy obecnie dwa kluczowe wsparcia, które widać na wykresie 2. Najbliższym jest konsolidacja z pierwszej połowy listopada. Dopóki ceny trzymają się nad jej poziomem, można jeszcze mówić o szansie na atak na szczyty w najbliższym czasie. W mojej ocenie, taki scenariusz jest coraz mniej prawdopodobny. Gdy wsparcie to zostanie przełamane, potwierdzą się obawy, że na nowe rekordy trzeba będzie poczekać nieco dłużej. Wtedy za bardziej prawdopodobny trzeba będzie uznać ruch w kierunku lokalnych dołków. W związku z tym, że w dłuższym terminie obowiązujący będzie nadal trend wzrostowy, warto będzie obserwować poziomy oporu, by znaleźć sygnał do ponownego otwarcia długich pozycji. Ewentualny spadek cen zbliżyłby nas do drugiego kluczowego poziomu, jakim jest dołek konsolidacji z sierpnia. Warto zauważyć, że jest to także poziom 50-proc. zniesienia letniej hossy. Tu aktywność popytu będzie zapewne duża. Gdyby kupującym nie udało się powstrzymać podaży, należałoby zrewidować pogląd dotyczący trendu w długim terminie.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Jeśli okaże się, że korekta rzeczywiście się przeciągnie, a po kilku tygodniach rynek zacznie rosnąć, to skala wzrostu ma szansę być większa. Rynek powinien mieć teoretycznie większy potencjał, niż gdyby rekordy były bite bez wykreślenia korekty.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama