Ubiegły tydzień nie obfitował w ważne wydarzenia na rynkach światowych. Główną tego przyczyną było czwartkowe święto w USA. Środa stała już pod znakiem przygotowań do święta. W piątek notowania w USA były skrócone. Jedynym wartym uwagi zdarzeniem była wtorkowa publikacja informacji o przebiegu ostatniego posiedzenia amerykańskiego komitetu otwartego rynku banku rezerwy federalnej (FOMC).
Na rodzimym parkiecie nie było ciekawiej. Na politykę patrzymy coraz mniej uważnie. Sprzeczne informacje pochodzące od rządzących powoli sprawiają, że przestajemy zwracać na nie uwagę. Nikt nie jest w stanie stwierdzić, jaka jest faktyczna strategia rządu. Przedwyborcze obietnice są teraz brutalnie rewidowane, potwierdzając przypuszczenie, że były jedynie hasłami, które miały przysporzyć poparcia. Każda decyzja dotycząca kosztowniejszego projektu jest odwlekana. Z jednej strony to przejaw politycznego cynizmu, ale z drugiej - daje pewną gwarancję, że w sferze finansowej rząd będzie się trzymał założeń. Właśnie chyba to przekonanie wpłynęło na poziom notowań złotego, który znacząco się umocnił. Można tylko mieć nadzieję, że minister Teresa Lubińska ponownie nie chlapnie czegoś, co przeceni polską walutę. W tym wypadku "milczenie jest złotym".
Dobre dni w USA
Umocnienie się złotego to także efekt wspomnianej już publikacji informacji o przebiegu posiedzenia FOMC z początku listopada. Okazało się, że kilku członków komitetu jest zdania, że trwająca od półtora roku sekwencja podwyżek stóp procentowych w USA powinna być powoli wyhamowywana, by "nie zajść za daleko". Zdaniem autorów tej tezy, kontynuacja podwyżek może mieć negatywny wpływ na dynamikę wzrostu gospodarczego. Reakcja rynku była jednoznaczna. Dolar stracił na wartości, a skoczyły ceny obligacji (spadła rentowność) oraz ceny akcji. Taki układ jest korzystny dla rynków wschodzących. Spadająca rentowność amerykańskich papierów skarbowych zwiększa relatywną atrakcyjność inwestycji alternatywnych, także i w naszym regionie. Mogłoby się więc wydawać, że takie wiadomości pomogą naszemu rynkowi akcji, ale stało się inaczej. Złoty wprawdzie zyskał, ale nie przełożyło się to na zwiększoną chęć zakupów polskich akcji. Właściwie przez cały tydzień nie widać było większych graczy. Zważywszy na sytuację w USA, gdzie z każdą sesją indeksy były coraz wyżej, a rentowność obligacji spadała, nasz rynek wypadł bardzo blado.
Skąd się bierze ta rezerwa w naśladowaniu wydarzeń zza oceanu? Pewną wskazówką może być sytuacja na rynku złota. Ostatnie dwa tygodnie to dynamiczny skok ceny i zbliżenie się do poziomu 500 dolarów za uncję. Jak wiadomo, w dłuższym terminie rynek akcji i rynek złota są ze sobą skorelowane ujemnie. Zatem jednoczesny wzrost cen na rynku akcji i na rynku złota może stawiać pod znakiem zapytania wiarygodność jednego z nich. Rzadko się zdarza, by oba rynki szły w tym samym kierunku i dotyczy to jedynie sytuacji, gdy mamy do czynienia z poważniejszymi ruchami na rynku dolara. Gdyby w czasie ostatniego tygodnia doszło do poważnego osłabienia dolara, można by właśnie tym tłumaczyć pozytywną korelację cen akcji i złota. Dolar jednak jest stosunkowo stabilny, a więc jednak któryś z dwóch rynków się zagalopował. Po zachowaniu się naszych indeksów można dojść do wniosku, że polscy gracze nie dają wiary wzrostowi indeksów.