Od połowy zeszłego tygodnia notowania na rynku naftowym spadały, by ustabilizować się na najniższym poziomie od pięciu miesięcy. Tendencji zniżkowej sprzyjało przekonanie, że rezerwy ropy i jej przetworów, zwłaszcza w USA, są wystarczające, by pokryć zapotrzebowanie w sezonie zimowym.

Do wzrostu zapasów paliw płynnych na świecie przyczyniły się zwiększone dostawy ropy z krajów OPEC po zawieszeniu z początkiem października limitów wydobycia. Stopniowo rośnie też wykorzystanie mocy wydobywczych w Zatoce Meksykańskiej wraz z usuwaniem zniszczeń po serii huraganów. We wtorek wynosiło ono 62% w porównaniu z 59% tydzień wcześniej. Tymczasem amerykańskie rafinerie zwiększyły produkcję, gromadząc rezerwy najbardziej potrzebnego w zimie oleju opałowego.

W najbliższych miesiącach podaż ropy nie powinna się zmniejszyć, gdyż podczas konferencji ministerialnej 12 grudnia OPEC najprawdopodobniej nie przywróci limitów wydobycia. Opinię taką wyraził minister przemysłu naftowego Zjednoczonych Emiratów Arabskich Mohamed bin Dhaen al-Hamli, podkreślając, że rynek paliw płynnych jest obecnie zrównoważony.

W Londynie za baryłkę gatunku Brent z dostawą w styczniu płacono wczoraj po południu 54,28 USD, w porównaniu z 54,32 USD w końcu sesji wtorkowej i 56,21 USD w poprzednią środę.

Zdaniem ekspertów, prawdziwym sprawdzianem dla rynku będą wyraźne spadki temperatury, które wykażą, czy zgromadzone rezerwy są wystarczające, aby zapobiec gwałtownej zwyżce notowań.