Inwestycja w gazociąg, który doprowadzi syberyjski surowiec do Niemiec, a stamtąd do innych krajów Europy po dnie Bałtyku, to jak dotąd przedsięwzięcie rosyjskiego Gazpromu (51%) i firm niemieckich (E.ON i BASF, po 24,5%). Wyłożą nań ponad 4 mld euro. W zamian dostaną gaz bez opłat tranzytowych.
W ostatni weekend minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow nie wykluczył jednak udziału innych krajów w inwestycji, w tym Polski. - Każde dodatkowe przyłączenie zostanie przyjęte z zadowoleniem, jednak udziały Rosji pozostaną na poziomie 51% - powiedział po spotkaniu z szefem niemieckiego MSZ, Frankiem-Walterem Steinmeierem.
To się po prostu nie opłaca
Wczoraj resort gospodarki zdecydowanie odrzucił rosyjską "ofertę". - Polska nie jest zainteresowana budową odgałęzienia gazociągu. Mamy wystarczającą ilość gazu od Federacji Rosyjskiej i nie musimy go brać więcej - oznajmił Piotr Naimski, wiceminister gospodarki i pełnomocnik ds. dywersyfikacji dostaw ropy naftowej i gazu. Rząd nie rozważa nawet niewielkiego wejścia kapitałowego, aby jako udziałowiec konsorcjum kontrolować poczynania Rosjan i Niemiec oraz ostrzegać przed zagrożeniami ekologicznymi. - Rura nie przechodzi przez terytorium Polski, nie możemy więc liczyć na profity z tej inwestycji - tłumaczył P. Naimski.
Interesuje nas Norwegia