Ochłodzenie w USA odwróciło w połowie zeszłego tygodnia spadek notowań na rynku naftowym. Atak zimy w północno-wschodnich stanach sprawił, że w ostatnich dniach popyt na olej opałowy przekroczył tam o 14% normalny poziom o tej porze roku. Zapotrzebowanie na to paliwo zwiększyły też mrozy i burze śnieżne na środkowym zachodzie USA. Na razie nic nie wskazuje, by miało nadejść ocieplenie. Przeciwnie, według najnowszych prognoz, temperatury na północno-wschodniej części kraju będą do 20 grudnia niższe od wieloletniej średniej.
Pragnąc sprostać popytowi na olej opałowy, amerykańskie rafinerie zwiększyły jego produkcję. To przyhamowało jednak wzrost zapasów ropy w sytuacji, gdy kraje OPEC nie dysponują już wolnymi mocami wydobywczymi. Dlatego, choć amerykańskie rezerwy tego surowca były przy końcu listopada o 9% większe od średniej z minionych pięciu lat, pojawiły się obawy, że w razie kryzysu paliwowego, nie będzie można ich uzupełnić.
Niepokój nasiliła groźba ataków terrorystycznych na instalacje naftowe w krajach Bliskiego Wschodu. Uspokajająco na nastroje podziałała natomiast wczorajsza informacja o niespodziewanym wzroście w zeszłym tygodniu rezerw ropy w USA, co zahamowało zwyżkę notowań.
W Londynie gatunek Brent z dostawą w styczniu kosztował wczoraj po południu 57,70 USD za baryłkę w porównaniu z 57,61 USD w końcu sesji wtorkowej i 55,05 USD w poprzednią środę. W Nowym Jorku cena ropy przekroczyła przejściowo 60 USD.