Jakkolwiek ostatnia sesja 2005 roku nie należała do udanych, to całe 12 miesięcy z pewnością u większości uczestników rynku będzie budziło pozytywne odczucia. Tym samym weekendowa zabawa z czystym sumieniem może być szampańska. Jak to w czasie hossy. Na kaca przyjdzie czas później. Jak zwykle będzie to kosztowna lekcja dla wielu teraz świętujących. Hossa daje złudne poczucie sukcesu.
Dzień zakończyliśmy spadkiem cen. Sporym spadkiem, biorąc pod uwagę ostatnią zmienność. Można więc podejrzewać, że to jeszcze nie koniec przewagi podaży. Co może się kryć za tym zjazdem? Trudno to rozstrzygać, gdyż faktycznie nie wiemy, kto za tym stoi. Obrót na sesji był mały, a tym samym nie ma możliwości określenia, co teraz robią fundusze. Jedno jest pewne, nie za bardzo przykładały się do obrony czwartkowych poziomów. Tu jednak trudno się dziwić, bo ostatni wzrost był i tak spory, więc jedna sesja obniżki nie wpłynęła znacząco na ogólny roczny wynik.
W związku z powyższym mamy utrudnione warunki do oceny tego co się stało, a tym bardziej tego, jakie to może pociągnąć konsekwencje. Na razie korekta ma stosunkowo małą głębokość, ale że została wykreślona właściwie w czasie jednej sesji może sugerować, że jeszcze się nie zakończyła. Do najbliższych poważniejszych wsparć jeszcze sporo nam brakuje. Przełamanie poziomu 2520 pkt (kontrakty) lub 2530 pkt (indeks) sugerowałoby przynajmniej powtórkę ze stycznia 2005, a więc kolejny mocniejszy spadek. Teraz jest za wcześnie, by to rozstrzygać. Jedno za to wydaje się prawdopodobne - szczytu hossy jeszcze nie mieliśmy, choć było blisko. Ponownie na rynku zabrakło kończącej długotrwały trend euforii zakupów. Owszem, baza wyszła na plus, ale to jeszcze za mało, by mówić o szaleństwie, amoku czyli tym, co zwykle hossę kończy.