Reklama

Noworocznie ku przestrodze

Sytuacja na rynku i w jego otoczeniu zaczyna przypominać modelową dla końca hossy. Przerabialiśmy to już kilka razy i zapewne będziemy przerabiać jeszcze wielokrotnie. Indeksy biją rekordy, a media pieją z zachwytu. Prognozy są "różowokolorowe", a fundusze notują rekordowy napływ pieniędzy. Do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze euforii w zakupach.

Publikacja: 09.01.2006 08:37

Z rynkiem giełdy warszawskiej jestem związany właściwie od początku. Jako młodzieniec zbierałem wycinki z "Rzepy" po każdej wtorkowej sesji (giełda wystartowała, przeprowadzając tylko jedną sesję w tygodniu). Później przybywało inwestorów, rosły obroty i liczba sesji w tygodniu. Pamiętam pierwszy poważniejszy krach w 1994 roku, po którym rynek długo nie był w stanie się podnieść. Właściwie w cenach stałych do tej pory nie osiągnęliśmy ówczesnych poziomów.

Zasłuchani w syreni śpiew

Wtedy było to dla mnie duże zaskoczenie. Mimo, wydawałoby się, sporego doświadczenia tak duży spadek i jego dynamika nie mieściły mi się w głowie. Sytuacja była o tyle trudna, że sesje na poszczególnych papierach w wielu przypadkach kończyły się bez transakcji (oferta sprzedaży przy spadku ceny o 10%) i nawet gdybym chciał wyjść z rynku, to bym nie mógł. Inna sprawa, że nie chciałem. Załadowany "po uszy" w papiery BSK (wystane z naręczem pełnomocnictw) oraz kilku innych spółek (grunt to dywersyfikacja) patrzyłem, jak kolejna sesja uszczupla mój stan posiadania. Patrzyłem biernie, ale z nadzieją, że wkrótce odrobię straty. Przecież rynek musi odbić. To było zdanie powtarzane codziennie. Nie odbijał. Tuż przed rozpoczęciem korekty sprzedałem "śląski".

Czemu o tym piszę? W końcu 1993 roku i na początku 1994 myślałem, że znalazłem swoje powołanie. Rachunek rósł w oczach. Hossa trwała w najlepsze i wydawało się, że nie ma łatwiejszego sposobu zarabiania pieniędzy. Niemal każdy zakup kończył się zyskiem. Naprawdę trudno wtedy było stracić. Śmiało radziłem znajomym, stawiałem prognozy. Jako że cały czas ceny rosły, byłem dumny, że te prognozy się sprawdzały. Planowałem, co sobie kupię z tej fury kasy. Pierwszy dzień notowań akcji "Śląskiego" był dniem tryumfu i zadowolenia z trudu stania po nie wiele godzin w kolejkach. Jednym słowem, wpadłem w pułapkę hossy po sam czubek głowy. Hossa to syreni śpiew - ogłupia. Słuchasz pięknego głosu, napawasz się sukcesem i nie masz pojęcia, że zmierzasz w kierunku skał, gdzie niechybnie czekają cię kłopoty.

Snajperów ledwie kilku

Reklama
Reklama

Naprawdę niewielu ma szansę trafić w sam szczyt hossy, a podejrzewam, że dla większości z tej garstki i tak jest to szczęśliwy zbieg okoliczności. Koniec hossy jest zaskoczeniem dla niemal wszystkich graczy. Jest to okres bardzo emocjonalny i właściwie nie ma sensu analizować go pod względem racjonalności wyborów. Tu większość poddaje się magii syreniego śpiewu. Tym razem nie będzie inaczej. Myślę, że i ja (mimo doświadczenia) nie będę w stanie ocenić, czy to już koniec, czy też kolejnego dnia ceny jeszcze będą miały szansę wzrosnąć. Nie martwi mnie to jednak zbyt mocno. Tu pojawia się pewna różnica w stosunku do większości osób, które od niedawna parają się "grą na giełdzie" (mówię tu o tych, którzy są obecni od kilkunastu miesięcy, czy nawet kilka lat). Ja nie planuję łapania szczytu. Na spadek cen będę reagował, gdy już będzie następował. Gdy pojawią się wiarygodne sygnały zmiany trendu, pojawią się i zlecenia. Wcześniej można się tylko przyglądać i ewentualnie łapać za głowę ze zdziwienia.

A dziwić się jest czemu. Pierwszy tydzień nowego roku to zarazem największy wzrost cen od wielu miesięcy. Dokładniej mówiąc, ostatnia taka tygodniowa zmiana liczona w procentach (ponad 9%) miała miejsce w październiku 2001, gdy zaczynaliśmy obecną hossę. Czy to nie znamienne? Nie mniej ważny jest fakt, że ten skok cen miał miejsce tuż po tym, jak na rynku zagościły fatalne nastroje po zamknięciu ostatniej sesji 2005 roku. Wtedy dla wielu trend przestał się liczyć, a ta jedna sesja potrafiła zmienić oczekiwania. Zauważmy, że dotyczyło to zarówno profesjonalistów, jak i całej publiczności. Pogorszenie nastrojów było widać po wielkości bazy, która przedsylwestrowego piątku spadła niemal do zera. Fatalne nastroje sygnalizował także Wigometr. Jego wartość spadła wtedy o 65 pkt, do poziomu -50 pkt.Większość nie ma racji

Można tylko się zastanawiać, skąd wziął się taki pesymizm? W jaki sposób jedna spadkowa sesja potrafiła skłonić tak dużą liczbę uczestników rynku (niezależnie od ich doświadczenia) do "zaprzedania duszy diabłu" i oczekiwania na spadek cen w tak dynamicznym trendzie? Powszechne oczekiwanie na jakiś ruch cen niestety sprawia, że faktycznie taki ruch nie następuje, a wręcz przeciwnie - co mieliśmy okazję obserwować w ciągu ostatnich pięciu dni. Jak zawsze w takich wypadkach, można po raz kolejny powtórzyć kilka praw rządzących rynkiem. Po pierwsze, większość nie może mieć racji. Po drugie, wątpliwości co do szans kontynuacji trendu są jego paliwem i pozwalają na jego dalsze trwanie. Właśnie to zadziałało ostatnio. Mamy jeszcze trzecie prawo - gdy już wszyscy przejdą na stronę trendu, ten wygaśnie.

Jak pokazał ostatni tydzień, dotyczy to większości graczy. Wspomnianym zasadom podlegają także ci, którzy w potocznym mniemaniu mają się takich pułapek wystrzegać - profesjonalni zarządzający. Bo niby czemu nie miałoby to ich dotyczyć? Czy zarządzający funduszem nie jest człowiekiem? To nie maszyna - także podlega emocjom. Tym bardziej że cały czas czuje presję oceny osiągniętego wyniku. Końcówka roku była wyśmienita, ale chyba większość zdaje sobie sprawę, że wkrótce okres szczęścia się skończy. Taki tydzień, jak ten ostatni, tylko potwierdza, że końcówka hossy zbliża się wielkimi krokami. Dynamika wzrostu cen pokazuje, że powoli dla wielu graczy kurs przestaje być ważny, a ważniejsze zaczyna być samo posiadanie papierów. Wynika to z przeświadczenia, że w czasie hossy i tak uda się sprzedać wyżej, że papiery nadal będą zyskiwać na wartości.

Wierzysz w hossę?

Rzeczywiście, w czasie hossy kursy rosną. Problem w tym, że gdy większość widzi hossę i wierzy w jej kontynuację, to ona się już kończy. Zastanówmy się, czy jesteśmy już w fazie, gdy wszyscy widzą hossę? To pytanie jest oczywiście retoryczne. Ostatnio właściwie wszędzie się o tym mówi, a każdego dnia media biły w dzwony z powodu kolejnego rekordu indeksów. Widzieć hossę, to jeszcze nie wszystko. Trzeba jeszcze w nią uwierzyć. Tu sprawa jest nieco trudniejsza. Można ująć to tak - aktem wiary w hossę jest decyzja o inwestycji na rynku akcji. Gdy jest to proces powszechny, perspektywy trendu są fatalne.

Reklama
Reklama

Jak to jest z tą wiarą? Jak pokazał wspomniany piątek kończący poprzedni rok, rynek wykazuje jeszcze pewne oznaki rozsądku i ostrożności. Inwestorzy zachowują się nerwowo i szukają pierwszych oznak zakończenia trendu. Można tym samym stwierdzić, że sam trend jeszcze się nie skończył. Nadal są niedowiarki. Siła wzrostu cen pokazuje jednak, że liczebność tej grupy maleje. W chwili kreślenia szczytu będzie ich naprawdę niewielu. Większość będzie miała w głowach wyryte zdania z jednego z komentarzy: "Rynek aż kipi od kapitału. Płynie on szerokim strumieniem z zagranicznych funduszy inwestycyjnych. Zarządzających pieniędzmi z zagranicy nie interesuje polskie polityczne piekiełko - są zapatrzeni tylko we wzrost PKB, obniżki stóp procentowych, rosnące zyski spółek i sowite dywidendy". (Tomasz Prusek "Gazeta Wyborcza"). Panie Tomaszu, obaj wiemy, że to tylko pretekst. Zresztą marny, bo dynamika PKB nie taka, jaką kiedyś oczekiwano, stopy już za wiele nie spadną, a te zyski spółek raczej trudne do powtórzenia.

Polska - rynek ryzykowny

Zresztą nie ma to w tej chwili znaczenia. Jeśli chodzi o kapitał zagraniczny, to faktycznie nie wskaźniki makro mają tu przewagę. Są pomocne, bo przy słabej koniunkturze nikt nie będzie inwestował w rynki podwyższonego ryzyka, a przecież nadal takim jest Polska. Dla inwestorów zagranicznych nasz rynek jest postrzegany mniej więcej tak, jak my sami postrzegamy papiery spółek o niskiej płynności. Gdy są sprzyjające warunki (dobra koniunktura), można podjąć ryzyko i kupić z myślą o wywindowaniu ich kursu i wyjściu, gdy do ruchu podłączy się publiczność.Właśnie w tej chwili trwa pompowanie cen i mamienie publiczności. Wystarczy przejrzeć ostatnie publikacje dotyczące inwestycji finansowych. Początek roku to zwyczajowy okres stawiania prognoz. Ich użyteczność jest co najmniej dyskusyjna. Nie to jest jednak ważne. Ważne jest, że dla większości prognostyków rynek akcji w tym roku ponownie ma urosnąć. Przynajmniej takie są wypowiedzi. Oczywiście, argumenty są takie same: dobra kondycja gospodarki, zyski itd. Nikt nie zastanawia się nad tym, że zawsze w trakcie hossy widać jedynie pozytywy. Gdy w końcu rynek się zawali, nagle pojawią się komentarze, dlaczego tak się stało. Pewną odtrutką na te słodkie słowa płynące z prognoz może być lektura tekstu autorstwa Josepha E. Stiglitza, jaki ukazał się w tym tygodniu w "Gazecie Wyborczej". Ogólnie rzecz biorąc, niekoniecznie jesteśmy skazani na sukces.

To tylko cykl

Rynek akcji porusza się cyklicznie. Każdy cykl ma swoje fazy, a każda faza swoje własności. Obecna hossa formalnie trwa już ponad 4 lata. W sumie nic nie stoi na przeszkodzie, by trwała nadal. Problem w tym, że nie jest to już spokojny wzrost przedzielany korektami. Dynamika ruchu zaczyna być coraz większa, a tym samym wykres zaczyna powoli przypominać hiperbolę. Nie ma sensu zgadywać, do jakiego poziomu dojdziemy. Wystarczy zdawać sobie sprawę, że taki stan rzeczy nie może trwać przez dłuższy czas.

Sytuacja na rynku i w jego otoczeniu zaczyna przypominać modelową dla końca hossy. Przerabialiśmy to już kilka razy i zapewne będziemy przerabiać jeszcze wielokrotnie. Indeksy biją rekordy, a media pieją z zachwytu. Prognozy są "różowokolorowe", a fundusze notują rekordowy napływ pieniędzy. Do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze euforii w zakupach. Ostatni tydzień był tygodniem dynamicznego wzrostu cen, ale to jeszcze nie była euforia. Jedno jest pewne, emocje zaczynają w coraz większym stopniu decydować o inwestycjach. Pokazują to wskaźniki nastrojów oraz dynamika zmian cen.

Reklama
Reklama

Kto powie "pas"?

Rynek wchodzi w bardzo niebezpieczny okres. Niebezpieczny zwłaszcza dla mało wprawionych graczy. Ja wiem, że większość za takich się nie uważa. Wzywanie do pokory wobec rynku to raczej wołanie w pustkę. Namawiam jednak na choćby spojrzenie na przebieg cen w momencie kreślenia szczytów poprzednich długoterminowych trendów wzrostowych. Czy faktycznie gra jest warta świeczki? Czy warto narażać się na stres przy dynamicznie zmieniających się nastrojach? Sesja z poprzedniego piątku to tylko próbka tego, co się zbliża. Może lepiej odejść od stołu, gdy jeszcze można pochwalić się zyskami?

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama