Z rynkiem giełdy warszawskiej jestem związany właściwie od początku. Jako młodzieniec zbierałem wycinki z "Rzepy" po każdej wtorkowej sesji (giełda wystartowała, przeprowadzając tylko jedną sesję w tygodniu). Później przybywało inwestorów, rosły obroty i liczba sesji w tygodniu. Pamiętam pierwszy poważniejszy krach w 1994 roku, po którym rynek długo nie był w stanie się podnieść. Właściwie w cenach stałych do tej pory nie osiągnęliśmy ówczesnych poziomów.
Zasłuchani w syreni śpiew
Wtedy było to dla mnie duże zaskoczenie. Mimo, wydawałoby się, sporego doświadczenia tak duży spadek i jego dynamika nie mieściły mi się w głowie. Sytuacja była o tyle trudna, że sesje na poszczególnych papierach w wielu przypadkach kończyły się bez transakcji (oferta sprzedaży przy spadku ceny o 10%) i nawet gdybym chciał wyjść z rynku, to bym nie mógł. Inna sprawa, że nie chciałem. Załadowany "po uszy" w papiery BSK (wystane z naręczem pełnomocnictw) oraz kilku innych spółek (grunt to dywersyfikacja) patrzyłem, jak kolejna sesja uszczupla mój stan posiadania. Patrzyłem biernie, ale z nadzieją, że wkrótce odrobię straty. Przecież rynek musi odbić. To było zdanie powtarzane codziennie. Nie odbijał. Tuż przed rozpoczęciem korekty sprzedałem "śląski".
Czemu o tym piszę? W końcu 1993 roku i na początku 1994 myślałem, że znalazłem swoje powołanie. Rachunek rósł w oczach. Hossa trwała w najlepsze i wydawało się, że nie ma łatwiejszego sposobu zarabiania pieniędzy. Niemal każdy zakup kończył się zyskiem. Naprawdę trudno wtedy było stracić. Śmiało radziłem znajomym, stawiałem prognozy. Jako że cały czas ceny rosły, byłem dumny, że te prognozy się sprawdzały. Planowałem, co sobie kupię z tej fury kasy. Pierwszy dzień notowań akcji "Śląskiego" był dniem tryumfu i zadowolenia z trudu stania po nie wiele godzin w kolejkach. Jednym słowem, wpadłem w pułapkę hossy po sam czubek głowy. Hossa to syreni śpiew - ogłupia. Słuchasz pięknego głosu, napawasz się sukcesem i nie masz pojęcia, że zmierzasz w kierunku skał, gdzie niechybnie czekają cię kłopoty.
Snajperów ledwie kilku