Do starcia doszło w sądzie federalnym w San Jose w Kalifornii. Departament Sprawiedliwości wystąpił z wnioskiem o wydanie danych o użytkownikach internetu w celu efektywnego egzekwowania kontrowersyjnego prawa o zwalczaniu pornografii.

Administracja utrzymuje, że dane, jakich domaga się od Google, są potrzebne, aby ustalić, jak często podczas przeszukiwania internetu pojawiają się treści pornograficzne. Próbuje w ten sposób ożywić zapisy ustawy Child Online Protection Act z 1998 r., które Sąd Najwyższy uznał w 2004 r. za niezgodne z konstytucją. Aby sprawa wróciła z powrotem do Sądu Najwyższego, rząd potrzebuje nowych danych, które udowodnią, że nowe prawo lepiej chroni dzieci przed pornografią niż różnego rodzaju komputerowe filtry.

Google odmówił wydania informacji, o które rząd zwrócił się jeszcze w sierpniu ubiegłego roku. Departament chciał m.in uzyskać dane na temat wszystkich przeszukań dokonanych w ciągu jednego tygodnia oraz informacje o milionie losowo wybranych stron internetowych znajdujących się w bazach danych Google. Na żądania administracji zgodzili się natomiast głowni rywale spółki z Mountain View - Yahoo! oraz należący do Microsoftu serwis MSN.

Prawnicy Google utrzymują, że informacje, jakich domaga się Departament Sprawiedliwości nie mają związku z prowadzoną sprawą, mogą natomiast prowadzić do ujawnienia tajemnic handlowych firmy. - Google nie jest stroną w sprawie, a żądania dotyczące ujawnienia informacji znacznie wykraczają poza granice rozsądku - twierdzi Nicole Wong, radca prawny Google. Dlatego też firma "bardzo stanowczo" zamierza walczyć z rządowymi zakusami.

Nowy Jork