Z gospodarki amerykańskiej napływają sprzeczne informacje. Jak najbardziej pomyślny dla rynku akcji jest ostatni odczyt wskaźnika LEI (Leading Economic Indicators - indeksu wskaźników wyprzedzających koniunktury) obliczanego przez instytut Conference Board. W styczniu wzrósł on rok do roku o 3,2%. Może się to wydawać niewiele w porównaniu ze szczytem dynamiki LEI w pierwszej połowie 2004 r. (blisko 10%), ale liczy się przede wszystkim tendencja. Wygląda na to, że zaczyna się właśnie rodzić nowy trend wzrostowy tego wskaźnika. W styczniu wybił się w górę z konsolidacji, w jakiej tkwił od połowy ub.r. (patrz wykres).
Sprzeczne sygnały
Jest to ważne dlatego, że w ostatnich pięciu latach LEI - obliczany na bazie różnych danych, takich jak liczba nowych wniosków o zasiłki dla bezrobotnych, podaż pieniądza czy liczba pozwoleń na budowę - bardzo dobrze sprawdził się jako wskaźnik wyprzedzający koniunktury. W 2001 r. jego dołek wypadł aż 8 miesięcy przed dołkiem rocznej dynamiki produkcji przemysłowej. W 2003 r. wyprzedzenie wynosiło 3 miesiące. Z kolei w 2004 r. LEI dwa miesiące przed faktem sygnalizował szczyt koniunktury gospodarczej. Czyżby i tym razem wskaźnik opracowywany przez Conference Board zapowiadał ożywienie gospodarcze? Być może z takimi wnioskami lepiej poczekać jeszcze jeden miesiąc na kolejną publikację LEI, by przekonać się, czy tendencja wzrostowa się utrzyma.
Problem polega na tym, że do zupełnie odmiennych wniosków prowadzi odwracająca się krzywa dochodowości papierów skarbowych (czytaj str. 14-15). Po części wiąże się to z faktem, że podwyżki stóp procentowych przez Fed nie sprzyjają przyśpieszeniu gospodarki. Warto zauważyć, że rosnącej dynamice produkcji przemysłowej w latach 2002-2003 towarzyszyły obniżki, a później stabilizacja stóp. Tymczasem obecnie nic nie wskazuje na to, by Fed miał wstrzymać się z kolejnymi podwyżkami. Dalszemu zacieśnianiu polityki pieniężnej sprzyja wysoka inflacja - w styczniu ponownie sięgnęła 4% w skali roku, chociaż w grudniu wydawało się, że utrwala się jej tendencja spadkowa.
Rynek akcji nie wydaje się na razie przekonany co do przyśpieszenia gospodarki w nadchodzących miesiącach. Roczny wzrost S&P 500 utrzymuje się poniżej 10%, podczas gdy w okresie najsilniejszej hossy w lutym 2004 r. przekraczał 36%. Zresztą zachowanie indeksu w ostatnich sześciu tygodniach dobrze obrazuje rosnącą niepewność co do rozwoju sytuacji gospodarczej. W tym czasie S&P 500 odnotował już trzy krótkotrwałe fale wzrostowe i dwie spadkowe. W efekcie trwa konsolidacja w przedziale 1255-1294 pkt. Dalsze zmiany S&P 500 będzie można prognozować zgodnie z kierunkiem wybicia z konsolidacji. Nawet jeżeli indeks pokona opór na poziomie 1294 pkt, to raczej nie ma co oczekiwać, że efektem tego będzie silny i długotrwały ruch. Można raczej spodziewać się powtórki z ubiegłego roku, kiedy po pokonaniu kluczowych barier S&P 500 szybko zawracał w dół. Na poziomie poszczególnych firm także widać sprzeczne sygnały. Dobrym przykładem jest jeden z największych amerykańskich koncernów Wal-Mart Stores. Co prawda, zysk sieci sklepów wzrósł w IV kw. ub.r. o 13%, ale jednocześnie spółka przyznała, że nie będzie w stanie utrzymać świetnych wyników w tym roku. W efekcie inwestorzy zareagowali wyprzedażą akcji koncernu.