W mozolnym tempie pną się do góry indeksy warszawskiej giełdy, oczywiście w ślad za innymi rynkami regionu i "emerging markets" w ogóle. WIG flirtował wczoraj z poziomem 40000 punktów, WIG-owi 20 brakuje 1,5% do równie symbolicznych 3000 punktów. Warto zwrócić uwagę, że poziomy te indeksy osiągnęły podczas, gdy niedawny lider i spółka o największym udziale w indeksie blue chips (KGHM) pozostaje 10% poniżej swego szczytu. Tymczasem prym przejęły banki - mamy tu w ostatnich dniach prawdziwe pospolite ruszenie. Chyba komplikuje ono nieco sprawę pesymistom od dawna wieszczącym zakończenie trendu; wszak im bliżej jego końca, tym bardziej należałoby się spodziewać względnej słabości blue chips w stosunku do szerokiego rynku. Takiej słabości na razie jednoznacznie nie ma; owszem, MIDWIG rośnie w siłę, ale przecież WIG 20 nie ma się wcale najgorzej.
Perspektywy makroekonomiczne, jak i fundamentalne dla poszczególnych sektorów są w roku 2006 dość dobre. Poza polityką nie widać wielu zagrożeń dla przyspieszonego wzrostu gospodarczego, czy wzrostu zysków spółek o 10-15%. Sęk w tym, że przy obecnym poziomie wyceny wszystkie te dobre informacje wydają się być już uwzględnione w cenach spółek. Prognozowane na ten rok dla wielu spółek C/Z na poziomie 18, czy nawet 16, nie jest samo w sobie podstawą do dalszych wzrostów - tym bardziej, że od początku roku zdążyliśmy już podrożeć o ponad 10%, a w ciągu ostatnich 12 miesięcy - o 50%...
Dość wysokie wyceny nie będą same w sobie powodem do bardziej drastycznych spadków. Być może przypadająca 8 marca 6 i 12 rocznica szczytów z 1994 i 2000 roku wykorzystana zostanie do jakiejś realizacji zysków, ale w momencie odwracania obecnego długoterminowego trendu spodziewałbym się większego przewartościowania akcji.
Zwróć uwagę:
Barlinek - choć wyniki roku 2005 nie zachwycają, a rok 2006 łatwy nie będzie, inwestorzy chyba wiedzą lepiej, skoro aż tak rzucili się do kupowania...