Nie da się mówić o wczorajszym spadku bez przypomnienia wydarzeń z połowy lutego. 17 lutego zanotowaliśmy rekordowy 121-pkt wzrost kontraktów, który rozpoczął atak na szczyty hossy (zabrakło kilkunastu pkt). Cały ten ruch wzrostowy zainicjowany był atakiem zagranicznych funduszy na rynki wschodzące, co było dyskontowaniem odreagowania na rynku surowców. Odreagowanie to opierało się na przekonaniu, że bardzo silne wsparcia, zarówno na ropie, jak i na przedstawiającym szerszy rynek indeksie towarów CRB, nie mogą zostać pokonane z marszu.
Pisałem wtedy w Weekendowej, że "jeśli byki mają rację (na rynku surowców), to i tak sporo jest już w cenach (akcji) po wzrostach z ostatniego tygodnia. Jeśli się mylą i ceny surowców dalej będą spadać, to ucieczka będzie bardzo gwałtowna". Zmiany cen surowców w ostatnim okresie mają coraz wyraźniejszy spekulacyjny charakter, więc nie twierdzę powyższym cytatem, że "miałem rację". Chodzi jedynie o zobrazowanie faktu, że na wczorajszej sesji inwestorzy zostali postawieni w sytuacji, w której ceny surowców wróciły w pobliże poziomów z połowy lutego, a giełdowe indeksy wszystkich emerging markets wciąż trzymały się szczytów hossy. Wyniki PKN tylko pomogły o tym przypomnieć.
Co dalej? Kurz po wtorkowej sesji utrzymywać się będzie do końca tygodnia, ale gdy opadnie, to ocena rynku pozostaje teraz... neutralna. Atak na szczyty hossy skończył się spektakularnym niepowodzeniem, choć nawet bez tego nie oczekiwałem kontynuacji wzrostu w marcu. Tym bardziej więc po takiej sesji nie mogę być piewcą hossy. Ale z kolei sama nieudana próba przełamania oporu nie jest jeszcze zachętą do rozpoczęcia głębszego spadku. Tutaj niedźwiedzie musiałyby złamać bycze zasieki ustawione na ważnych lutowych dołkach. Trochę za szybko by to poszło.