Wczorajsza sesja była bardzo ciekawa, choć nie obyło się bez konsolidacji, która jest stałym elementem naszego krajobrazu rynkowego. Tym razem po wzrostowym początku notowań weszliśmy właśnie w taką konsolidację, z której około południa (co jest na naszym rynku raczej ewenementem) udało się wyjść w górę. Przez kilka kolejnych godzin rynek zmagał się z 2790 pkt, czyli poziomem szczytu z poniedziałku. Wyjście nad tę wartość oznaczałoby też faktyczne wybicie ponad linię łączącą dwa dołki z przełomu lutego i marca oraz dwa ostatnie lokalne szczyty, a także wyjście ponad linię trendu spadkowego, jaką da się oprzeć na szczycie z końca lutego oraz 6 marca. Nie mogło też umknąć nikomu, że przebicie poniedziałkowego szczytu byłoby jednoznaczne z pojawieniem się formacji podwójnego dna.

Niemal do samego końca sesji wynik tej potyczki nie był przesądzony, choć popyt utrzymując się blisko szczytów miał cały czas niewielką przewagę. Wydawało się, że sprawa rozwiała się ok. 30 minut przed końcem notowań, gdy na kasowym pojawiły się sporej wielkości koszykowe zlecenia kupna. Wraz z nimi indeks zanotował maksy, a ceny kontraktów skoczyły w górę. W efekcie mieliśmy kilka pozytywnych sygnałów (pokonanie dwóch linii trendu i formacja podwójnego dna), choć trzeba przyznać, że wielkość obrotu nie wskazywała, że za popytem stoi poważny kapitał.

Dzięki tej zwyżce udało się oddalić ceny od poziomu wsparcia, ale nie jestem przekonany co do tego, że to już koniec zabawy w okolicy 2760 pkt. Ten wzrost nie wygląda na powrót do trendu, a co za tym idzie, trudno się po takim ruchu spodziewać, że doprowadzi rynek w okolice rekordów hossy, nie mówiąc o ich poprawianiu. Kolejna fala wzrostowa jest jeszcze realna, ale chyba trzeba będzie na nią poczekać.