Z amerykańskiej gospodarki napływają wciąż sprzeczne informacje, nie pozwalające jednoznacznie stwierdzić, czy doszło do ożywienia gospodarczego, czy może wręcz przeciwnie - koniunktura słabnie. Inwestorzy otrzymali dawkę informacji świadczących o tym, że gospodarka jest silna, i jednocześnie przemawiających za kontynuacją podwyżek stóp procentowych przez Fed. Z ulgą przyjęto zwłaszcza dane z rynku nieruchomości, gdzie po czterech miesiącach spadku wreszcie odbiła się roczna dynamika sprzedaży domów (chociaż ciągle jest ujemna - w lutym wyniosła -0,3 proc.). Oczekiwania na dalsze zacieśnianie polityki pieniężnej wzmogło także szybsze roczne tempo wzrostu cen produkcji (PPI), które w lutym podskoczyły do 1,7 proc. (przy czym chodzi tu o wskaźnik bazowy, tzn. po odjęciu cen żywności i energii).
Szum informacyjny
Jeśli jednak dogłębniej przyjrzeć się ostatnim danym, to okazuje się, że obraz gospodarki wcale nie jest tak jednoznaczny. Wspomniane dane z rynku nieruchomości to bardzo zmienny wskaźnik, który w ubiegłych latach podlegał silnym wahaniom. Z kolei jeśli chodzi o PPI, to, o ile wskaźnik bazowy wzrósł, to podstawowy roczny PPI spadł do 3,7 proc., czyli do średniego poziomu, na jakim utrzymuje się od ponad dwóch lat.
Najbardziej dobitnie o sprzecznych sygnałach świadczą różne kategorie wskaźników związanych z rynkiem pracy. Pozytywnie odczytano spadek do tegorocznego minimum (2,47 mln osób) 4-tygodniowej średniej ze wskaźnika continuing jobless claims (czyli liczby osób otrzymujących zasiłek dla bezrobotnych). Tymczasem 4-tygodniowa średnia z initial jobless claims (liczby osób, które dopiero złożyły wniosek o zasiłek) nie tylko nie spadła, ale rośnie nieprzerwanie od ponad miesiąca i przekroczyła 300 tys. osób.
Brak przełomu