Nie tylko złoty osłabia się z powodów politycznych. Węgierski forint traci, ponieważ wybory są tuż-tuż, a żadna z dwóch wiodących partii nie daje nadziei na szybką naprawę finansów państwa. W niedzielę bój o zwycięstwo stoczą rządzący socjaliści i prawicowy opozycyjny Fidesz. Przedwyborcze sondaże nie wyłoniły faworyta. Każda z partii ma ok. 40 proc. poparcia.
Wczoraj za euro płacono już 268,1 forintów. W porównaniu ze środą waluta straciła prawie 0,5 proc., a od początku stycznia - już 6,2 proc. Zdaniem analityków, przełamanie bariery 270 forintów jest kwestią czasu.
Z ankiety przeprowadzonej wśród ekonomistów przez agencję Bloomberga wynika, że w tym roku węgierski deficyt budżetowy będzie stanowić 6,7 proc. produktu krajowego. To znacznie więcej od prognozowanych przez rząd 4,7 proc. i zeszłorocznych 6,1 proc. Żeby Węgry mogły przyjąć euro w planowanym 2010 r., do 2008 r. deficyt powinien spaść poniżej 3 proc. PKB.
Zdaniem Jana Cermaka, ekonomisty zajmującego się Europą Środkowowschodnią w praskim oddziale KBC, celom postawionym przez rząd w Budapeszcie brakuje wiarygodności. - Nie wierzę, by którakolwiek partia polityczna na Węgrzech była w stanie aż tak bardzo ściąć deficyt w mniej niż dwa lata - uważa Cermak.
Ekonomiści wskazują, że okres po wyborach przyniesie raczej powiększenie dziury w budżecie. Partie najprawdopodobniej będą chciały wypełnić chociaż część z przedwyborczych obietnic. Socjaliści, z premierem Ferencem Gyurcsanym na czele, obiecali wydać 10 mld forintów, czyli ponad 40 mld USD, na budowę szkół, szpitali i rozbudowę systemu drogowego w ciągu najbliższych 10 lat. Kierowany przez Viktora Orbana (premier z lat 1998-2002) Fidesz chce ciąć składki socjalne i równocześnie podnosić emerytury.