WIG20 przekroczył 3000 pkt i zanotował nowy szczyt w czwartym roku hossy. Dlaczego nie wywołuje to u mnie większych emocji? Dokładnie analizując giełdowe transakcje też nie widać, by cokolwiek to zmieniło wśród szerszego grona inwestorów. Czyżby większość przeszła na profesjonalne chłodne ocenianie rynku, a nie poddawanie się medialnym nastrojom? Raczej nie, bo odporność na szum informacyjny przeciętny inwestor zdobywa dopiero między 3 a 5 rokiem inwestowania i między 1 a 3 bankructwem. W ostatnim czasie giełda temu ostatniemu nie sprzyja.
Powodem tego spokoju przy szczytach hossy jest oczywiście styl ich ustanowienia. Od początku kwietnia praktycznie każda sesja zaczyna się od sprawdzania, ile wzrosły ceny ropy oraz miedzi, a następnie odzwierciedlania tego w kursach spółek surowcowych, których zachowanie determinuje zmiany WIG20. Proste i logiczne, więc nie budzi emocji. Gdy "gramy" pod obniżkę stóp czy pod informację o rekordowych napływach środków do funduszy, to wycenianie takich informacji jest już trochę subiektywne i emocji budzi znacznie więcej. Siłą rozpędu WIG20 może rosnąć kolejne 5, czy 10 proc. Teraz sytuacja jest taka, że każdy ruch zależy w dużej mierze od cen surowców, których zmiany ostatnio coraz mocniej wynikają ze spekulacji. Jeśli tak spojrzymy na GPW, to ten spokój nie byłby dla mnie ani zachętą do wyczekiwania euforii, ani niepokojącym sygnałem.
Trochę niepokoi natomiast sama wczorajsza sesja. W perspektywie ostatniego wzrostu jest to oczywiście tylko realizacja zysków, ale jeśli spojrzymy na skalę obrotów i zupełny brak sił do odreagowania porannego spadku (większość sesji to konsolidacja przy sesyjnych minimach), to trudno tutaj mówić o zdrowej korekcie, która stałaby się zaraz paliwem do dalszych wzrostów.