Reklama

Wychudłe niedźwiedzie

Publikacja: 22.04.2006 08:53

Ciężkie życie mają ostatnio giełdowe niedźwiedzie. Wszystko rośnie i rośnie, a końca hossy nie widać. Rosną ceny surowców - dzięki czemu zyskują spółki surowcowe. Rośnie produkcja przemysłowa - dzięki czemu rosną spółki produkcyjne. Rosną ceny nieruchomości - dzięki czemu zyskują deweloperzy oraz instytucje finansowe kredytujące ten rynek. Rośnie rynek reklamy - zyskują spółki medialne. Rośnie rynek IT i rośnie internet - zyskuje sektor nowych technologii. Rośnie konsumpcja. Rosną inwestycje. Rośnie import i eksport. Co spada? Inflacja i trochę bezrobocie.

W tej sytuacji nie powinno nikogo dziwić, że rosną ceny akcji. Przekonujemy się o tym każdego dnia, obserwując tabele notowań. Co interesujące, rosną teraz prawie wszystkie walory. No, może nie jednocześnie, ale inwestorzy - jeśli wykażą się cierpliwością - mogą doczekać się wzrostu każdego waloru. Sztuka, jak zawsze, polega na odpowiednim wyczuciu czasu.

Jeżeli wzrost nie nadchodzi - potrzebny jest jakiś katalizator. Najczęściej teraz stosowanym i przez wszystkich ulubionym jest emisja tanich akcji w trybie prawa poboru. Za każdym razem, kiedy zostanie ogłoszona propozycja takiej emisji - następuje gwałtowny szturm na akcje. W wielu przypadkach można odnieść wrażenie, że to zniecierpliwieni inwestorzy zasugerowali radzie nadzorczej i zarządowi zwołanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia i wprowadzenie do porządku obrad odpowiednich uchwał.

I bardzo dobrze. W czasach bessy spółki dzielą się swoimi zyskami z akcjonariuszami i wypłacają im sowite dywidendy. Znaczenia nabierają wówczas takie wskaźniki, jak stopa dywidendy. Inwestorzy nie zarabiają na wzroście cen posiadanych akcji - zarządy spółek starają się zaproponować do przegłosowania na zwyczajnym walnym zgromadzeniu wypłaty możliwie dużej dywidendy.

Jak się okazuje, w czasie hossy jest odwrotnie. W czasie hossy to akcjonariusze dzielą się swoimi zyskami ze spółkami. W spółkach akcyjnych nie ma instytucji "dopłaty do kapitału", więc czynią to, obejmując nowe akcje. Można to nazwać odwrotną dywidendą.

Reklama
Reklama

Warto przypomnieć, że odwrotna dywidenda nie jest zjawiskiem nowym. Już w 1996 roku prezes Mostostal-Export stwierdził w wypowiedzi dla jednej z gazet, że dywidendy za 1995 rok nie będzie, ale w zamian inwestorzy otrzymają możliwość objęcia nowych akcji po złotówce w proporcji 1 nowa za 50 starych.

Od tego czasu inwestorzy dużo się nauczyli i obecnie dużo chętniej niż kiedyś dzielą się swoimi zyskami ze spółkami. Rozwodnienie akcji, niższa stopa zwrotu z kapitałów własnych, utrata kontroli nad kosztami i możliwość przeinwestowania nie są czynnikami, które są brane pod uwagę przed taką emisją. Gorący pieniądz w ręku i wyobraźnia robią swoje. Klasyczne prawo popytu i podaży z dobrym marketingowym sosem - nadmiar gotówki na rynku wywołuje popyt na nowe akcje.

Jedynym inwestorem, który - mimo hossy - nie tylko nie jest zainteresowany prawem poboru, ale za każdym razem domaga się dywidendy, jest Skarb Państwa. Ale budżet prawie każdego kraju domaga się ciągle świeżych zasobów.

Wróćmy do naszych niedźwiedzi. Nie mają teraz lekko - i nie mogą nabrać sadła. Co jakiś czas próbują zająć pozycje, licząc, że trend się kiedyś w końcu odmieni. Ale byk jest ciągle silny, a ich portfele są coraz skromniejsze. A to oznacza, że coraz ostrożniej będą obstawiali zmianę trendu. Kiedyś ona nastąpi. Stanie się to, gdy ostatnie niedźwiedzie stracą nadzieję. Jak zawsze.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama