Ciężkie życie mają ostatnio giełdowe niedźwiedzie. Wszystko rośnie i rośnie, a końca hossy nie widać. Rosną ceny surowców - dzięki czemu zyskują spółki surowcowe. Rośnie produkcja przemysłowa - dzięki czemu rosną spółki produkcyjne. Rosną ceny nieruchomości - dzięki czemu zyskują deweloperzy oraz instytucje finansowe kredytujące ten rynek. Rośnie rynek reklamy - zyskują spółki medialne. Rośnie rynek IT i rośnie internet - zyskuje sektor nowych technologii. Rośnie konsumpcja. Rosną inwestycje. Rośnie import i eksport. Co spada? Inflacja i trochę bezrobocie.
W tej sytuacji nie powinno nikogo dziwić, że rosną ceny akcji. Przekonujemy się o tym każdego dnia, obserwując tabele notowań. Co interesujące, rosną teraz prawie wszystkie walory. No, może nie jednocześnie, ale inwestorzy - jeśli wykażą się cierpliwością - mogą doczekać się wzrostu każdego waloru. Sztuka, jak zawsze, polega na odpowiednim wyczuciu czasu.
Jeżeli wzrost nie nadchodzi - potrzebny jest jakiś katalizator. Najczęściej teraz stosowanym i przez wszystkich ulubionym jest emisja tanich akcji w trybie prawa poboru. Za każdym razem, kiedy zostanie ogłoszona propozycja takiej emisji - następuje gwałtowny szturm na akcje. W wielu przypadkach można odnieść wrażenie, że to zniecierpliwieni inwestorzy zasugerowali radzie nadzorczej i zarządowi zwołanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia i wprowadzenie do porządku obrad odpowiednich uchwał.
I bardzo dobrze. W czasach bessy spółki dzielą się swoimi zyskami z akcjonariuszami i wypłacają im sowite dywidendy. Znaczenia nabierają wówczas takie wskaźniki, jak stopa dywidendy. Inwestorzy nie zarabiają na wzroście cen posiadanych akcji - zarządy spółek starają się zaproponować do przegłosowania na zwyczajnym walnym zgromadzeniu wypłaty możliwie dużej dywidendy.
Jak się okazuje, w czasie hossy jest odwrotnie. W czasie hossy to akcjonariusze dzielą się swoimi zyskami ze spółkami. W spółkach akcyjnych nie ma instytucji "dopłaty do kapitału", więc czynią to, obejmując nowe akcje. Można to nazwać odwrotną dywidendą.