Indeks dużych spółek rozpoczął piątkową sesję od wzrostu. Jednak zapału, a właściwie pieniędzy, wystarczyło inwestorom jedynie na pierwsze dwie godziny. Później już WIG20 cały czas przebywał pod kreską, kończąc dzień na poziomie 3031,52 pkt. (-0,69 proc.). Spadek ten mógłby być większy, gdyby giełda zareagowała na opublikowane w piątek przez GUS słabe dane o cenach produkcji przemysłowej (PPI) i dynamice produkcji w kwietniu br. Inflacja PPI wzrosła bowiem aż do 1,6 proc. z 0,9 proc. przed miesiącem, natomiast produkcja spadła o 9,5 proc. (m/m) i wzrosła o zaledwie 5,8 proc. w ujęciu rocznym.
Miniony tydzień na warszawskiej giełdzie można z czystym sumieniem nazwać czarnym tygodniem. WIG20 w ciągu ostatnich dni spadł z 3298,03 pkt do 3031,52 pkt, tracąc tym samym 8,1 proc. Ostatni raz, tak duża tygodniowa przecena miała miejsce pod koniec 2001 roku. W dotychczasowej historii warszawskiej giełdy większe tygodniowe spadki występowały 33 razy, na przestrzeni ponad 780 tygodni. Największe ich nagromadzenie było w czasie załamania w 1994 roku. Od marca do czerwca tego roku aż osiem z czternastu tygodni kończyło się przeceną większą niż 8,1 proc. Wówczas największy tygodniowy spadek wyniósł 25,5 proc. Powyższe przypomnienie roku 1994 nie jest bezzasadne. Każda hossa bowiem kiedyś się kończy i przychodzi dłuższa lub krótsza bessa. Obecna hossa, która wywindowała WIG20 o prawie 190 proc. w górę, trwa już bowiem czwarty rok. Statystycznie więc szanse na jej zakończenie są duże. Zwłaszcza że dwie największe bessy w 15-letniej historii naszej giełdy miały miejsce odpowiednio 6 i 12 lat temu.
Niedźwiedzie obecnie nie maję łatwego życia. Polacy polubili fundusze inwestycyjne i lokują w nich coraz większe środki. Stąd też ma kto bronić rynku przed silnymi spadkami. Dopiero po trzech, czterech miesiącach dekoniunktury
fala wpłat do funduszy mogłaby zamienić się w falę wypłat.
W przyszłym tygodniu, pomimo ostatnich silnych spadków, które zaowocowały licznymi sygnałami sprzedaży, można oczekiwać jeżeli nie odbicia, to przynajmniej