Polityka ma coraz mniejszy wpływ na gospodarkę. To zdanie ostatnio często powtarzają ekonomiści. A wszystkie dane wskazują, że tak jest w rzeczywistości. Złoty w większym stopniu uzależniony jest od wysokości stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych czy w eurolandzie niż od nazwiska i przynależności partyjnej poszczególnych ministrów i premierów. Czyli jest normalnie i nie ma o czym gadać.
Ale - i o tym się dość często już nie mówi - większość decyzji gospodarczych ma wpływ na politykę. I nie myślę o kwestiach oczywistych, typu wielkość budżetu i podział państwowych pieniędzy. Są sprawy, które niekoniecznie tak mocno przykuwają uwagę, a mają o wiele większy wpływ na gospodarkę. Przykładem może być słynna ustawa ministra Wilczka, która umożliwiła Polakom uruchamianie własnego biznesu i która teraz jest stawiana za wzór swobody i liberalizmu gospodarczego. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie rozwój partii politycznych, gdyby nie było mniejszych lub większych przedsiębiorców? Gdyby wszyscy byli pracownikami jednego koncernu, jak to miało miejsce wcześniej, tyle że pod nazwą "Rzeczpospolita Polska"? Gdyby wszyscy mieli jednego pracodawcę, który byłby w stanie premiować właściwych, a karać "elementy" nieposłuszne? Jak pokazuje historia - taki jeden pracodawca zawsze będzie wybierać jedną partię.
Można mieć różne zastrzeżenia co do wykształcenia naszych polityków, ale jedno jest pewne - lekcję, że byt określa świadomość, czyli gospodarka przekłada się i na politykę, i na wielkość elektoratu, każdy z nich przerobił. Ci starsi wkuwali to jeszcze w PRL, ci młodsi zostali nauczeni przez starszych. Dlatego każdy z nich waży decyzje w sprawie gospodarki i wybiera tę, która dla jego partii jest korzystna. Można się zżymać na PiS, który nie obniżył podatków wedle swoich zapowiedzi, ale trzeba przyznać, że bardzo szybko dołożył pieniędzy rolnikom, np. w formie zwrotów za akcyzę w paliwie. A to podobno rolnicy zdecydowali o wygranej tej partii. Kogoś może śmieszyć "becikowe", wyszarpane z budżetu głównie przez LPR, ale w końcu główne zaplecze tej partii to Młodzież Wszechpolska. A jak wiadomo, z czasem młodzież dorasta i wtedy każdy tysiąc na początek jest bardzo ważny. Wkrótce się też zapewne dowiemy, jak swoich sympatyków opłaci Samoobrona, ale na pewno to zrobi. Na przykład - nie próbując rozwiązać problemu nadmiernego zatrudnienia w rolnictwie poprzez przyspieszenie rozwoju gospodarczego. Gdyby bowiem ich udział spadł poniżej 5 proc. wszystkich zatrudnionych, do Sejmu nie weszłaby żadna partia określająca się jako chłopska.
To wszystko oznacza, że trudno się spodziewać poważniejszych działań np. w zakresie liberalizacji prawa i gospodarki czy ułatwień w tworzeniu i rozwoju firm. Większość partii nie ma po prostu w tym interesu. Nawet gorzej - ma interes, aby tego nie robić. Bo wtedy mielibyśmy kolejną falę pędu Polaków do własnego biznesu i znowu okazałoby się, że rosnąca grupa ludzi wolałaby mniej chleba i igrzysk, a więcej możliwości i państwa prawa.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że do tej pory ani razu do rządu nie weszli ludzie, którzy opłacają swój elektorat poprzez ułatwienia w rozwoju firm i obniżki podatków. I nie jest to wcale płacz po przegranej PO. W końcu osoby, związane wcześniej z tą partią, po zmianie barw bardziej się troszczą o interesy budżetówki (bo zmiany w składce rentowej to faktycznie podwyżka dla pracowników państwowych i samorządowych) niż przedsiębiorców. To wyraz smutku, że członkowie kolejnych rządów tak dobrze odrobili lekcję o wadze gospodarki dla polityki, że dbają przede wszystkim o rozwój swojego elektoratu. A elektorat dba o nich, wybierając ich - choć w różnych odmianach - do parlamentu.