Scenka z godziny 05.41. Wtorek, 23 maja, dzień po "czarnym poniedziałku na giełdach". Siedzę na kanapie kompletnie zmarnowany. 20 minut temu ciosem w policzek obudziła mnie moja córka. Chcąc dać pospać żonie, zszedłem z córką na dół. Od 14 dni umie raczkować, więc do 30 minut świetnie się sama sobą zajmuje. Akurat tyle, żebym do 06.11 mógł jeszcze przymknąć oczy. Za proste. O 05.48 była przy schodach, które odkryła jakieś 15 godzin temu. Położyła rączki i próbuje się po nich wdrapywać. Wiem - powinienem wstać, zareagować, wziąć na ręce i przełożyć na drugi koniec pokoju. I co byłoby dalej? Wróciłaby tam. Znam swoje dziecko. Najlepiej więc po prostu ją asekurować. Ale o tej godzinie? Chyba zrozumiecie. Jako że nie wejdzie dalej niż rączkami na pierwszy schodek, spokojnie sobie dalej leżę. Mam przecież czas do 06.11, a może nawet i z 5 min dłużej, bo schody są "nowe".
Nie zasnąłem. Za bardzo to jej wchodzenie było niestabilne i zacząłem się niepokoić. Zagadnąłem do niej, starając się odwrócić uwagę od niebezpieczeństwa. Wiadomo - ekonomia i giełda. Zaczęliśmy od tego, że ma zbyt kruche fundamenty, by mogła myśleć o schodach. Powinna najpierw zdobyć wiedzę, zdobyć podstawy, wyposażyć się w odpowiednie przyrządy, ewentualnie zawrzeć jakieś sojusze z tatą, ubezpieczyć się i dopiero ruszać na podbój nowych rynków.
Ogólnie mówiąc, były to wykłady o rozwoju przedsiębiorstwa i ryzyku giełdowym, szczególnie w odniesieniu do analogicznej wspinaczki po schodkach giełdowej hossy i możliwym gwałtownym jej załamaniu w najmniej spodziewanym momencie. Wykład zaczął ją nudzić i... udało się - weszła na pierwszy schodek. Pierwszy schodek mojej córki! Pełna euforia! Była 06.03.
Nie spałem nic a nic. Ależ byłem dumny. Oboje w tym stanie zapomnieliśmy o tym całym ryzyku, o którym jeszcze minutę temu tak ładnie jej opowiadałem. 06.04. Spadła ze schodka na prawy bark. Uderzyła nosem o ziemię, przeturlała się dwa razy, po czym zawyła nie ciszej niż byki po tej poniedziałkowej masakrze na emerging markets. Dzień wspinaczki i upadku córka wybrała wprost idealny. Dzień wcześniej tatuś oglądał to w masowym wydaniu. Tyle tylko, że teraz córka w oczach miała pretensję, że jako jej ojciec nie zapobiegłem tej "tragedii".
Ale przecież ją ostrzegałem i tłumaczyłem przez ponad 20 minut! Dlaczego mnie nie słuchała i chwilę euforii zamieniła na tak bolesny upadek? Przyznaję. Moja wina i wszyscy to rozumiemy. A dlaczego tak wielu inwestorów nie rozumie, że z analogiczną sytuacją mamy do czynienia na giełdzie? Inwestorzy zachowują się często jak małe dzieci, które skuszone wizją zysków postanawiają na własną rękę, bez elementarnych podstaw i wiedzy, spróbować wspinać się na szczyty hossy. Żeby było szybciej i zyskowniej, wykorzystują do tego nawet rynek terminowy.