Reklama

Zdaje się słyszeć: "Oby nie była to bessa"

Zaobserwowany w ostatnich dniach zwrot nastrojów zamiast nadziei budzi obawy. Nie wiadomo ile w tym obiektywnej analizy, a ile życzenia by hossa jeszcze potrwała

Publikacja: 29.05.2006 11:28

Przypuszczam, że ostatnie dwa tygodnie giełdowej historii wielu graczom będą śnić się jeszcze przez długi czas. Od szczytu na 3342 pkt do dołka na 2722 pkt kontrakty straciły ponad 18 proc. To wielokrotnie przekracza wielkość wymaganych depozytów. Kto walczył ze spadkiem i ignorował słabość rynku, zapłacił wysoką cenę. Była ona tym wyższa, im wyższy był wykorzystany lewar. W ciągu ostatnich dwóch tygodni można było stracić wszystko, a nawet więcej. Oczywiście, mówię tu o graczach, którym pojęcie podejmowanego ryzyka nie było znane lub świadomie ignorowane. Tak modna w hossie gra "na maksa" teraz się zemściła. Pojawiła się kolejna grupa inwestorów, którzy zrozumieli, że wielkość depozytu zabezpieczającego jest jedynie zmienną techniczną i nie ma żadnego związku z kalkulacją podejmowanego ryzyka. To bowiem oblicza się zawsze od całości wartości kontraktu.

W ciągu ostatnich dni wartość średniej zmienności skoczyła do poziomu około 100 pkt. To pokazuje, jak rozchwiany jest rynek, ale daje także sygnał, że w tej chwili w miarę bezpieczna jest gra z niskim zaangażowaniem kapitału. O ile w ogóle ktoś jest przekonany, że ta gra jest konieczna. Pierwszy tydzień spadków był stosunkowo jednostajny, ale już w drugim rynek poddawał się poważnym wahaniom w obie strony, co zdecydowanie utrudniało obecność na nim. Teraz wiele zależy od szczęścia. Warto sobie postawić pytanie, czy właśnie szczęście ma decydować o wielkości posiadanego kapitału?

Ruch na bezdechu

Przysłuchując się komentarzom do ostatnich wydarzeń można odnieść wrażenie, że w ciągu tygodnia przeszliśmy z fazy histerii do fazy zadziwiającego optymizmu. Nastroje na początku tygodnia były tak marne, że nawet premier Marcinkiewicz poczuł się zobowiązany wspomóc psychicznie rynek mocą poparcia dla własnej osoby, a które przez niektórych uważane jest za oznakę zaufania. Pozwolił sobie na uspokajające tony, sugerując, że nie ma się czym przejmować, bo spadek był przewidywany i w związku z tym będzie krótkotrwały. Trudno mi polemizować, ale przyznam, że moje odczucia co do tego ruchu są jednak bardziej pesymistyczne. Owszem, uważam za prawdopodobną możliwość powrotu do trendu, a nawet zaliczenia nowych maksimów hossy. Nie mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to scenariusz najbardziej prawdopodobny. Stąd też moje zdziwienie, gdy po piątkowej sesji komentarze są najczźściej optymistyczne, a Wigometr po wielu miesiącach przypomniał sobie, co to jest wartość dodatnia.

Czy tego optymizmu nie jest za dużo, jak na obecną sytuację? Dwa tygodnie spadków wywołały zaniepokojenie wśród posiadaczy długich pozycji, a zwłaszcza posiadaczy jednostek funduszy inwestycyjnych. Ostatnie rewelacyjne wyniki zaczynają się psuć. Okazuje się (kto by pomyślał!), że wycena jednostek może także mocno spadać. Pojawiły się pierwsze dyspozycje umorzenia jednostek. Nie jest to na razie fala, która zdestabilizuje rynek. Zarządzający zapewne liczyli się z taką ewentualnością i mają pewien zapas gotówki. Nie są przymuszeni do sprzedaży papierów. Problem w tym, że już kupować raczej nie będą mogli. Napływ nowych pieniędzy będzie teraz znacznie mniejszy. Ewentualny wzrost cen będzie się dokonywać przy niższym udziale inwestorów instytucjonalnych, a za to przy sporym udziale inwestorów indywidualnych. Rynek będzie rosnąć na kapitałowym bezdechu. Rodzi się pytanie, jak wysoko może takim sposobem zajść?

Reklama
Reklama

Czytaj znaki

Te dwa tygodnie szybkiego spadku to znak. Znak dla niedowiarków, że giełda w Warszawie może także mocno tracić. Nie pomogą tu fundusze emerytalne. Jeśli sprzedają inwestorzy zagraniczni i przyłączą się do nich fundusze inwestycyjne zmuszone umorzeniami jednostek, to niewiele będzie można zrobić. Na razie aktywna wydaje się głównie zagranica (równoległy ruch na wielu rynkach regionu). Ja wiem, że dla wielu brzmi to jak kasandryczne przepowiednie, ale zapewne takich niedowiarków jest mniej wśród tych, którzy mają za sobą zakończenie hossy internetowej, a tym bardzieTrzeba sobie zdawać sprawę, że ostatnie dwa tygodnie to tylko przedsmak tego, co nas czeka, gdy zacznie się faktyczna bessa. Rynek tym spadkiem pokazał pierwszą poważną oznakę słabości. Zapewne jeszcze popyt nie skapitulował, co widać po obronie wsparć z połowy marca. Mimo to teraz zakupy będą już ostrożniejsze. Czźść inwestorów zacznie sobie zadawać pytanie, czy faktycznie mamy do czynienia z końcem trendu. Nie będzie ich wiele, ale już samo wahanie wprowadzi na rynek nerwową atmosferę. Reakcją dostosowania się do zmiany warunków będzie zmiana dopuszczalnego ryzyka. Nie przez zmianę zaangażowania (bo przecież "trzeba odrobić straty"), ale przez ustawianie bliżej zleceń Stop. Nawyki pozostaną takie same. Częsta aktywacja Stopów nieadekwatnych do panującej zmienności będzie czynnikiem zwiększającym tź zmienność. Stąd moje wahania co do możliwości nowych szczytów. Jestem przekonany, że popyt będzie jeszcze chciał coś pokazać, bo trend był za długi, by tak nagle się skończyć. Nie podejmę się prognozy, czy ten akt rozpaczy kupujących wyciągnie ceny nad ostatnie rekordy.

Niebezpieczny optymizm

Rynek traci impet i nie ma skąd czerpać siły. Opieranie się na rynkach surowcowych jest już w tej chwili teorią mocno naciąganą. Zauważmy, że obecne wyceny spółek surowcowych opierają się na założeniu wysokich cen na rynku towarowym w przyszłości. Sam fakt, że one już nie rosną, staje się problemem. Będzie jeszcze większy, jeśli rynek surowcowy zacznie tracić. Wtedy mocna pozycja KGHM w indeksie stanie się nagle przekleństwem dla byków. Po ostatnich spadkach życzenie sobie nowej fali wzrostu jest właśnie niczym więcej niż życzeniem. Ten optymizm widoczny także w wielkości bazy jest w tej chwili jednym z poważniejszych problemów.

Kolejne sesje poprawy sytuacji będą odbierane jako zakończenie fali spadków. O końcu korekty mówi się już od czwartku. Owszem, technicznie rzecz biorąc bessa się jeszcze nie zaczęła.

Cały czas znajdujemy się nad dołkiem z połowy marca br. Jednak sam fakt, że ceny dotarły tak nisko, nie pozwala z czystym sumieniem mówić, że nadal mamy hossę. Nie chodzi tu o samą skalę przeceny, bo przecież takie korekty już bywały. Chodzi mi o przekreślenia całej poprzedzającej fali wzrostu. To jest już coś. Coś, co każdemu powinno dać do myślenia.

Reklama
Reklama

Byk

poważnie raniony

Jak widać na wykresie 1, szykuje nam się pierwsza od września 2003 r. czarna miesięczna świeca, której obrót był wyższy niż miesiąc wcześniej. Ba, tym razem zapowiada się, że obrót będzie najwyż-

szy w tym roku i bliski rekordowemu z września 2005 r. Myślę, że warto o tym wspomnieć, bo to pokazuje skalę podaży. Fakt zatrzymania się cen na poziomie dolnego ograniczenia konsolidacji z początku roku (wykres 2) wywołał spory optymizm obserwowany także w wielkości bazy (wykres 3). Optymizm przy wsparciu technicznym rzadko przynosi spodziewane przez większość efekty. Odbicie faktycznie może się pojawić, choć mam poważne obawy, czy zaowocuje to nowymi rekordami. Byk został poważnie raniony i wcale nie jest pewne, czy będzie mieć jeszcze siłę się podnieść. Nawet jeśli mu się uda, to być może tylko po to, by otrzymać ostateczny cios.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama