Jednym z najważniejszych elementów programu wyborczego PiS była zapowiedź obniżki podatków. Zgodnie z planami tej partii, obniżka miała nastąpić już od tego roku. Teraz - dzięki nad wyraz liberalnej strażniczce finansów publicznych, jaką jeszcze dwa lata temu była obecna minister finansów Zyta Gilowska - żegnamy się ostatecznie z myślą, że te zapowiedzi nie były zwykłą wyborczą kiełbasą, rzuconą na zachętę głosującym Polakom.
Bo gdyby obecna koalicja rzeczywiście chciała doprowadzić do obniżenia podatków, zrobiłaby to natychmiast, czyli od początku przyszłego roku. Wpisanie do ustawy, że będziemy płacić niższe podatki od 2009 roku, nie daje żadnej gwarancji realizacji tych planów.
Obecni koalicjanci już pokazali, że chętnie wydają cudze pieniądze i nie sądzę, aby to przyzwyczajenie zmienili po paru latach. Więc wydatki będą rosły, a w roku wyborczym - czyli w 2009 - trzeba będzie rozdać jeszcze więcej. Szybko się okaże, że podatki będą niższe, ale dopiero od 2010 roku.
Taką niewielką zmianę w ustawie da się łatwo uzasadnić trudną sytuacją finansów publicznych, sytuacją służby zdrowia, klęską urodzaju czy plamami na Słońcu.
Oczywiście, fakt, że kolejny raz ugrupowanie rządzące zrobiło wyborców w balona, bo nie dotrzymało obietnic, też da się jakoś wyjaśnić. Choćby tym, że za politykę finansową odpowiadała osoba spoza PiS-u. Bo przecież gdyby Prawo i Sprawiedliwość miało pełną władzę i nie przeszkadzały mu różnego rodzaju spiski, obciąłby podatki już dawno.