Pierwsza sesja tygodnia rozpoczęła w okolicy 2900 pkt. Po przetestowaniu psychologicznego wsparcia na tym okrągłym poziomie indeks rozpoczął marsz w górę. W tej pierwszej fazie sesji obroty były mizerne. O 11.30, kiedy nastąpiło przebicie 2830 pkt. doszło do przyspieszenia i w ciągu zaledwie pół godziny WIG20 podwoił wzrost. Na poziomie
2860 pkt. zabrakło kupujących,
bo wszyscy chętni stali się już posiadaczami akcji.
Notabene, piątkowe ożywienie, widoczne na światowych rynkach akcji, tłumaczone było jako reakcja na podanie gorszych od oczekiwań danych o wzroście zatrudnienia w USA. Dodajmy - jako przekorna reakcja giełd na słabe dane. Otóż gorsze dane o bezrobociu mają wskazywać na niższą presję inflacyjną, a co za tym idzie na mniejsze zagrożenie kolejną podwyżką stóp w USA. Co prawda niemal każde zjawisko ekonomiczne ma dwie strony medalu, podobnie jest niemal z każdymi publikowanymi danymi, lecz czy w tym wypadku nie mamy do czynienia z dopasowywaniem przyczyn do skutków? Czemu inwestorzy nie chcieli zauważyć, że mniejszy wzrost zatrudnienia oznacza słabsze tempo rozwoju gospodarki?
Można to wytłumaczyć tak: