Za każdym razem, gdy tworzony jest nowy rząd, wszyscy analitycy z uwagą przyglądają się, kto będzie kierować finansami publicznymi. I za każdym razem z ulgą przyjmują nominację kolejnego profesora czy doktora ekonomii. Bo - wiadomo - ekonomista będzie przewidywalny i umie liczyć.
Sęk w tym, że jak do tej pory ekonomiści na stanowisku ministra finansów niczego nadzwyczajnego nie pokazali. W końcu za czasów Jarosława Bauca mieliśmy wielką dziurę budżetową. Plany Grzegorza Kołodki zostały zapomniane z chwilą jego odejścia z resortu, a wielki guru rynków finansowych swego czasu, czyli Jerzy Hausner, o reformach zapomniał zanim jeszcze przestał być wicepremierem. Leszek Balcerowicz na stanowisku ministra finansów za czasów rządu AWS-UW nie błyszczał taką skutecznością, jak wtedy, gdy pierwszy raz sprawował tę funkcję. Markowi Belce udało się ustabilizowanie sytuacji budżetu w trudnym okresie i niewiele więcej. Teraz zaś wszyscy z niedowierzaniem obserwują przemianę zadziornej i błyskotliwej obrończyni wolności gospodarczej, przedsiębiorców i niskich danin publicznych Zyty Gilowskiej w zwykłego poborcę podatkowego. Ona, tak jak i pozostali, potwierdza, że z ekonomisty na stanowisku ministra finansów prędzej czy później wyjdzie księgowy.
Każdy minister finansów ostatnio koncentrował się głównie na liczeniu. Ponieważ z wyliczeń zawsze wychodziło, że pieniędzy brakuje, przedstawiał sposoby poprawy sytuacji. Owszem, wśród tych pomysłów były i takie, żeby może gdzieś coś obciąć, tam zredukować, tu obniżyć. O śmielszych rzeczach nikt nie myślał, a nawet i te bardzo ostrożne plany redukcji prędzej czy później trafiały na śmietnik. W rezultacie nawet bardzo ambitni ekonomiści zajmowali się głównie tym, żeby budżet im się bilansował. I to czasem tak bardzo ich zajmowało, że sprzeciwiali się nawet całkiem rozsądnym z punktu widzenia gospodarki (ale nie bieżącej księgowości) rozwiązaniom.
Tymczasem coraz bardziej widać, że nie księgowego trzeba finansom publicznym, ale polityka. Osoby, która nie tylko ma jakąś ideę tego, jak poprawić sytuację podatników i co można zrobić w budżecie, ale także jest w stanie przekonać do tych pomysłów kolegów z rządu. Do tego sama umiejętność liczenia nie wystarczy, bo przecież ludzie z rządu też umieją liczyć (a nawet jeśli nie umieją, to mają ludzi, którzy policzą to za nich). Trzeba umieć argumentować, przekonywać, straszyć, czyli - potrafić uprawiać politykę.
Poza rządem jest jeszcze Sejm oraz - w dobie sondaży - także wyborcy, którym trzeba udowodnić, że na zmianach skorzystają. Do tej pory zaś było tak - a minister finansów Zyta Gilowska tę niechlubną tradycję podtrzymuje - że każda niby--pozytywna dla podatników zmiana oznaczała głębsze sięganie do ich kieszeni.