Na temat "reformy" podatków napisano bardzo wiele słów. Ja też dorzucę swoją cegiełkę. Różne niepokojące elementy są w propozycjach Ministerstwa Finansów, ale ja skupię się na tych mniej ważących, a za to bardzo bolesnych dla wielu ludzi.

Przede wszystkim szokujące jest to, że na kongresie PiS zapowiedziano, iż partia ta będzie szukała poparcia wśród inteligencji, a już dwa dni później okazało się, że twórcy, naukowcy i dziennikarze zapłacą dużo wyższe podatki, bo ulga w kosztach uzyskania (50 procent) drastycznie się zmniejszy. Nie twierdzę, że ten przywilej jest zawsze usprawiedliwiony (szczególnie jeśli mówimy o zarobkach powyżej 10 000 zł miesięcznie). Ale przecież wynagrodzenia ludzi go stosujących są ustalane przy założeniu, że będą z niego korzystali. Likwidacja (lub ograniczenie) znacznie zmniejszy płace, co będzie szczególnie bolesne dla młodych naukowców i dziennikarzy. Alternatywą jest nacisk na płace, co może załamać finanse uczelni i wielu mediów. Nie rozumiem tego antyinteligenckiego ruchu i dziwię się bardzo pani profesor Gilowskiej, która go (z dużym zadowoleniem) firmuje.

Drugim zadziwiającym pomysłem jest rezygnacja z ulgi odsetkowej. Dotychczas kredytobiorcy kupujący mieszkania lub domy mogli odliczyć odsetki od podstawy opodatkowania, co znacznie zmniejszało koszt kredytu. W ten sposób państwo pomagało budownictwu mieszkaniowemu. Z całą pewnością wielu nabywców nieruchomości kalkulowało wzięcie kredytu z uwzględnieniem tej ulgi. Co prawda, odsetki od kredytów zaciągniętych do końca 2006 roku nadal można będzie odliczyć, ale co potem? Czy jest przypadkiem, że wielu decydentów zaspokoiło swoje potrzeby mieszkaniowe, korzystając z dużej ulgi budowlanej i ulg remontowych, a teraz młodym Polakom, którzy też chcą skorzystać z pomocy państwa, pokazują "gest Kozakiewicza"? Czy tak ma wyglądać realizacja hasła głoszonego przez PiS w kampanii wyborczej (3 mln mieszkań w ciągu 8 lat)? Ceny mieszkań już teraz gwałtownie rosną (w Warszawie w ciągu 2 - 3 lat o ponad 50 procent). Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć, że cenowy sprint, podparty obawą o niemożność skorzystania z ulgi odsetkowej, niezwykle zwiększy tegoroczne zapotrzebowanie na kredyty, a deweloperom da szansę na znaczne podniesienie cen mieszkań. To wszystko sprzyja tworzeniu bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości, która kiedyś zaszkodzi zarówno kredytobiorcom, jak i bankom. Czy pani wicepremier Gilowska przez chwilę o takich konsekwencjach pomyślała?

W propozycjach nic się już nie mówi o rezygnacji z podatku spadkowego w pierwszej grupie, co mnie specjalnie nie dziwi, bo już wtedy, kiedy pani wicepremier po raz pierwszy prezentowała swoje propozycje, pisałem, że będzie to trudno przeprowadzić. Podobno ta sprawa nie umarła i ma być rozwiązana jeszcze w tym miesiącu. Ale to jest jedynie cukierek, którym chce się osłodzić gorzki napój przygotowany przez rząd. Nawiasem mówiąc, rezygnacja z tego podatku jest najbardziej kontrowersyjnym pomysłem, ale to już temat na osobny felieton. Największym pozytywem przyjęcia tej "reformy" podatków dla rynków kapitałowych jest to, że nadal będziemy mieli panią profesor w rządzie. Na miejscu inwestorów nie cieszyłbym się jednak zbytnio. Uważam, że Sejm wiele w tych propozycjach zmieni, co pozwoli kilku politykom wykreować się na obrońców inteligencji i młodych ludzi, ale pani wicepremier Zyta Gilowska będzie wtedy rzucona przez nich na stos i zostanie jej już tylko dymisja. Może niektórym politykom koalicji właśnie o to chodzi?

Główny analityk, Xelion