Od lipca przyszłego roku wszyscy konsumenci będą mieli prawo wybierać, od kogo chcą kupować prąd. Przedsiębiorstwa energetyczne mają nieco ponad rok, żeby się do tego przygotować. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, że będzie można łatwo zmieniać firmę, która będzie nam dostarczać energię elektryczną do domów.
Uwolnienie rynku energii jest dużą niewiadomą dla firm dystrybucyjnych. Obecnie ich działalność łączy dwie funkcje: dostarczanie prądu i sprzedawanie go odbiorcom. Od lipca przyszłego roku zostaną one rozdzielone. Klienci będą chcieli skorzystać z usług sprzedawcy, który zaoferuje im korzystniejsze warunki: niższe ceny, lepszą obsługę i większe bezpieczeństwo dostaw. Na zmianie przedsiębiorstwa, od którego kupujemy prąd, można zaoszczędzić: teraz różnice w stawkach opłat za energię pomiędzy poszczególnymi firmami dochodzą do 15 proc.
Co utrudni zmianę
Polska elektroenergetyka nie jest dostosowana do pełnej liberalizacji. Od stycznia 2004 r. prawo zmiany dostawcy energii przysługuje już wszystkim odbiorcom nie będącym gospodarstwami domowymi. Jest ich około 1,9 mln, a z możliwości zmiany sprzedawcy prądu skorzystało na razie tylko kilkadziesiąt dużych firm. Jedną z przyczyn, dla których odsetek ten jest tak mały, są problemy z działaniem rynku hurtowego. Giełda energii w Polsce jest bardzo słabo rozwinięta.
Duża część prądu w Polsce jest sprzedawana na warunkach określonych w długoletnich kontraktach. Zofia Janiszewska, dyrektor Departamentu Promowania Konkurencji w Urzędzie Regulacji Energetyki, zwraca też uwagę na to, że trudno jest rozwijać konkurencyjny rynek tam, gdzie dominuje jeden właściciel. Teraz udział Skarbu Państwa w sektorze wytwarzania energii elektrycznej wynosi około 75 procent, a w dystrybucji energii 85 proc.