Analitycy w miniony weekend łamali sobie głowy, jak zinterpretować zachowanie rynków. Co nas czeka? Odbicie czy pogłębienie spadków? Najważniejsze amerykańskie indeksy w ubiegłym tygodniu zanotowały wówczas najgłębsze dołki w tym roku, a później największe zyski. Jednoznacznych sygnałów zabrakło. Grający na rynku japońskim postawili na wariant pesymistyczny. Zmiany cen akcji i spadek indeksu wyjaśniano tam za pomocą znanych argumentów. Mówiono, że amerykański Fed nadal będzie podnosił stopy procentowe i może przesadzić. Ponadto jego chiński odpowiednik zapowiedział większą aktywność w schładzaniu rozgrzanej gospodarki Państwa Środka. Dla zagranicznych firm zaangażowanych w Chinach może to oznaczać zapowiedź słabszych wyników. W Europie te straszaki nie zadziałały, gdyż pojawiły się pozytywne informacje zachęcające do kupowania niektórych walorów. Takim katalizatorem okazała się wieść o fuzji działów Nokii i Siemensa, produkujących sprzęt dla sieci komórkowych. Wspólne przedsięwzięcie gigantów europejskiego przemysłu potraktowano jako zapowiedź innych transakcji tego rodzaju korzystnie wpływających na rynek. Oceniano, że fuzje i przejęcia powinny być głównym czynnikiem wzrostu kursów. A ta fala jest wyjątkowo wysoka. Do 12 czerwca ogłoszono transakcje fuzji i przejęć za 1,59 biliona dolarów, 5,6 proc. więcej niż w rekordowym dotąd roku 2000. Mogą być lekiem na katastroficzne wizje i złagodzić skutki ewentualnej mocniejszej skłonności do dalszej wyprzedaży akcji. Bo niektórym obecna sytuacja kojarzy się z rokiem 1987, kiedy na Wall Street doszło do krachu. Wspólnymi elementami mają być pogłębiający się deficyt USA w handlu zagranicznym i budżecie, wzrost inflacji i zagadka w osobie nowego człowieka na czele Fed. A Ben Bernanke, szef Fed, to prawdziwa zagadka. Wciąż nie wiadomo, czy jest przyjacielem, czy też wrogiem inwestorów giełdowych. Najpierw wywołuje pożar, a później go gasi.