Dla banków karty kredytowe to przysłowiowa kura znosząca złote jajka. Ryzyko, że pieniądze pożyczone dzięki karcie już do banku nie wrócą, jest stosunkowo niewielkie (w czołowych bankach detalicznych odsetek niespłaconych kredytów z karty nie przekracza 1,5 proc.), a opłaty za wydawanie i użytkowanie kart z kwartału na kwartał stanowią coraz znaczniejszą pozycję w wynikach finansowych banków. Trudno się więc dziwić, że banki coraz chętniej oferują karty swoim klientom. O ile jeszcze kilka lat temu posiadanie karty kredytowej wiązało się z pewnym prestiżem czy nawet snobizmem i jej otrzymanie było uzależnione od ponadprzeciętnych dochodów, o tyle obecnie kartę może otrzymać praktycznie każdy. W niektórych bankach, by stać się posiadaczem kredytowego plastiku, wystarczy legitymować się miesięcznymi dochodami rzędu kilkuset złotych.
Kto się liczy
Nic dziwnego, że takich kart szybko przybywa. Według danych NBP, już w końcu ub.r. ich liczba przekroczyła cztery miliony. Rywalizację o klienta widać też po zmianach w pozycji poszczególnych banków. W tym roku na rynku kart kredytowych doszło do zmiany lidera. Przez wiele lat był nim należący do Citigroup Bank Handlowy (a wcześniej polska filia Citibanku). W tym roku został (na razie minimalnie) wyprzedzony przez PKO BP. Według stanu na koniec I kw., oba banki miały po ok. 600 tys. wydanych kart kredytowych.
Trzecie miejsce na naszym rynku kart kredytowych zajmuje Lukas Bank - głównie dzięki kartom "zamkniętym", wydawanym we współpracy z sieciami handlowymi. W czołówce jest jeszcze Bank BPH. Od piątego na naszym rynku - Banku Zachodniego WBK - dzieli go już dość znaczny dystans.
Każda okazja jest dobra