Entuzjazm był krótkotrwały. W piątek Wall Street i okolice, po czwartkowym skoku, największym od 2004 r., wystartowały marnie. Inwestorzy analizowali treść komunikatu banku centralnego po czwartkowym posiedzeniu komitetu otwartego rynku, kiedy stopy, zgodnie z przewidywaniami, podwyższono o ćwierć punktu procentowego. Przekonanie Fed, że inflacja jest pod kontrolą, potwierdzają kolejne dane. W maju ceny, bez żywności i paliwa, wzrosły o 0,2 proc., a wydatki konsumpcyjne o 0,4 proc. Ten ostatni wskaźnik odnotował najniższą zwyżkę od trzech miesięcy. Dane te były zgodne z oczekiwaniami i nie mogły popchnąć rynku w żadną stronę. Lepszy od prognoz okazał się natomiast czerwcowy wskaźnik nastrojów konsumentów firmowany przez Uniwersytet Michigan, co może dobrze wróżyć gospodarce w decydującym stopniu przez nich napędzanej. To, co przestało w piątek robić wrażenie i pomnażać pieniądze na Wall Street i w okolicy, działało jednak wcześniej w Azji i Europie. Wskaźniki giełdowe rosły z radości inwestorów, że amerykański Fed skróci cykl podnoszenia stóp. Stanowisko amerykańskiego banku centralnego potraktowano jako miłą niespodziankę i obwieszczono koniec okresu niechęci do ryzyka. Sal. Oppenheim, największy w Europie niezależny bank, przewiduje, że w drugiej połowie roku akcje spółek w strefie euro będą drożeć z powodu lepszych wyników finansowych oraz fuzji i przejęć. Sporo firm już korzysta z tego dobrodziejstwa.
Mimo globalizacji nie zawsze i nie wszędzie obowiązują takie same standardy oceny sytuacji. To, co przekleństwem byłoby w Nowym Jorku, jako błogosławieństwo potraktowano w Tokio. Na japońskim rynku akcji z uznaniem przyjęto szybszy od spodziewanego wzrost inflacji. W maju dynamika cen była najwyższa od ośmiu lat. Skończyła się deflacja, niech żyje inflacja. Jej odpowiednia dawka jest bardzo potrzebna. Akcje banków rosły z powodu spodziewanej podwyżki stóp procentowych przez Bank Japonii. Najwięcej jednak tamtejsi inwestorzy zarobili na domniemanej powściągliwości Fed.