Nasze zwycięstwo w finale piłkarskich Mistrzostw Świata pobudzi gospodarkę, a wtedy niezbędne cięcia budżetowe mogą okazać się mniejsze - obwieścił po wygranej Włoch w meczu z Niemcami włoski wiceminister finansów Vincenzo Visco. Wątpliwe tym samym stały się zaplanowane przez rząd Romano Prodiego oszczędności rzędu 7 mld euro.

Nie wiem, czy podopieczni Marcello Lippiego zdają sobie sprawę, jaka jest stawka niedzielnego finału. Gospodarce Italii, z długiem publicznym sięgającym 108 proc. PKB i deficytem rzędu 4 proc. PKB, futbolowy impuls bardzo się przyda. Nie inaczej zadłużonej i stetryczałej Francji. Skąd jednak u szanowanego prof. Uniwersytetu w Berkeley taki optymizm?

Bezdyskusyjne, że najwięcej na mundialu i tak zarobią Niemcy. Tamtejsi ekonomiści szacowali jednak dodatkowy wzrost dużo bardziej powściągliwie - na 0,25-0,5 pkt proc. PKB. Najazd kibiców rozkręcił usługi i zmniejszył bezrobocie, ale to efekt jednorazowy.

Jeżeli wierzyć V. Visco, ciepłokrwiści Włosi rozpoczną całonocne balangi i oddadzą się błogiej konsumpcji. A może rząd znalazł kolejny już pretekst, by nie odmawiać niczego obywatelom? W końcu, jak donosił "The Economist", po ciężkich dyskusjach o cięciach w budżecie włoscy ministrowie nasycili się pięciodaniową ucztą w jednej z restauracji w Umbrii.

Zważywszy na to wszystko, wszechogarniający smutek, że naszym reprezentantom poszło znacznie gorzej, nie jest uzasadniony z ekonomicznego punktu widzenia. Dobrze się stało. Inaczej rząd szybko nauczyłby się śródziemnomorskiego "hulaj dusza", przepraszam, "dolce vita".