Reklama

Słaby początek sezonu wyników

Od rozpoczęcia sezonu wyników za II kwartał S&P 500 stracił 2 proc. Przez ostatnie 2,5 roku nigdy tak słabo w tym okresie się nie zachowywał

Publikacja: 15.07.2006 09:07

Od początku 2004 r., czyli od momentu, kiedy tempo zwyżki notowań w Stanach Zjednoczonych stało się mocno ograniczone, okres publikacji wyników nie przynosi zbyt dużych wahań indeksów. Biorąc pod uwagę okres czterech tygodni przed podaniem rezultatów przez pierwszą spółkę z DJIA i miesiąca po tym, najbardziej burzliwa była jesień 2005 r. S&P 500 najpierw stracił ponad 4 proc., by po tym, jak blue chips rozpoczęły podawanie wyników, zyskać 3 proc. Pierwsze dni sezonu wyników przyniosły wyraźną przecenę w kwietniu 2005 r. Natomiast impuls do zwyżki dały rok temu. Średnio licząc S&P 500 miesiąc po podaniu wyników przez pierwszą firmę z DJIA był o 0,8 proc. wyżej niż 4 tygodnie przed rozpoczęciem sezonu wyników.

Niezwykły czas

Okres publikowania rezultatów finansowych jest wyjątkowy. Nie chodzi tylko o same historyczne osiągnięcia i ich zderzenie z oczekiwaniami, ale także o weryfikacjź planów na przyszłość, która często towarzyszy podsumowaniu zakończonego kwartału. O ile w pierwszym aspekcie częściej dochodzi do krótkoterminowych reakcji inwestorów, o tyle w drugim mogą one mieć trwalszy charakter. Tak też chyba trzeba podchodzić do rozpoczętego sezonu wyników za II kwartał. Mniej istotne będzie to, jak pojedyncze spółki wypadną na tle oczekiwań, a bardziej to, czy inwestorzy znajdą elementy potwierdzające słabnięcie gospodarki, a w konsekwencji zapowiadające gorsze wyniki w II półroczu.

Z danych o liczbie spółek rewidujących prognozy w dół i w górę na pierwszy rzut oka nie wynikają zagrożenia. Przez ostatnie cztery tygodnie w sumie o 68 firm więcej obniżyło szacunki niż je podniosło. To o połowę mniej niż średnio od końca 1999 r. Taka średnia jest dobrym punktem odniesienia, gdyż obejmuje zarówno bessę, jak i hossę. Występująca obecnie różnica jest jednym z lepszych wyników w tym czasie. Można więc na jego podstawie wnioskować, że zarządy przedsiębiorstw są wciąż optymistycznie nastawione do przyszłości. Taka sytuacja nie daje jednak zbyt wiele miejsca na pozytywne niespodzianki.

Pojawia się więc pytanie, dlaczego rynek nie reaguje na te dobre informacje i skłania do zastanowienia, jak się zachowa, gdy zaczną napływać gorsze wiadomości. Wyraźną wyprzedaż ze środy i czwartku trzeba wiązać z eskalacją napięcia na Bliskim Wschodzie i będącym pochodną tego wzrostem ceny ropy naftowej do rekordowego poziomu. To bardzo dobrze pokazuje zachodzącą zmianę nastrojów na amerykańskim parkiecie. Od wiosny oraz od grudnia 2005 r. obserwowaliśmy równoczesny ruch w górę cen ropy i akcji. Inwestorzy w drożejącej ropie widzieli sygnał potwierdzający dobrą koniunkturę gospodarczą. Teraz zaczynają przeważać obawy związane z podnoszącymi się kosztami paliw, choć zjawisko ma znacznie słabszą siłę (jeśli wziąć pod uwagę 12-miesięczne zmiany notowań) niż było to w dwóch poprzednich latach.

Reklama
Reklama

Rachuby biorą w łeb

Ostatni spadek S&P 500 wymazał większość czerwcowej zwyżki. Przypomnijmy, że u jej podłoża legły przede wszystkim nadzieje na zakończenie lub przerwanie cyklu podwyżek stóp przez Fed. Wobec tego ostatnie zachowanie rynku akcji może wskazywać albo na zniknięcie tych nadziei, albo na przesunięcie akcentów z obawy o konsekwencje kolejnych ruchów zwiększających koszty pieniądza na przeświadczenie, że już dotychczasowe działania w tym względzie mają negatywny wpływ na gospodarkę.

Taką interpretację potwierdzają notowania w sektorze paliwowym, który pierwszy raz od rozpoczęcia hossy nie zdołał ustanowić nowego szczytu wraz z ceną ropy. To przypomina o kluczowej zasadzie analizy międzyrynkowej, wskazującej na to, że rynek akcji ustanawia szczyt wcześniej niż ceny towarów. W takiej sytuacji zachowanie akcji źle wróży surowcom. Jeśli i ich notowania zaczną tracić, dekoniunktura zagości na wszystkich rynkach, bo obligacjom słabo wiedzie się od wielu miesięcy.Tworzeniu przez S&P 500 czerwcowego dołka towarzyszyło wiele elementów występujących podczas końcowych faz wcześniejszych korekt - podwyższona zmienność, nieznaczne przecięcie 12-miesięcznej średniej, spadek 4-tygodniowej zmiany indeksu w okolice minus 5 proc., a 12-miesięcznej w pobliże 0 proc. Pozwalały one spodziewać się stopniowego ruchu w stronę tegorocznego szczytu i z czasem jego pobicia. Czwartkowy spadek indeksu takie rachuby praktycznie przekreśla. Zamiast nich na porządku dziennym staje kwestia ataku na minimum przy 1224 pkt. Jego przełamanie ostatecznie rozwiewałoby wątpliwości, że giełdy w USA weszły w fazę trwalszego pogorszenia notowań.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama