Od początku 2004 r., czyli od momentu, kiedy tempo zwyżki notowań w Stanach Zjednoczonych stało się mocno ograniczone, okres publikacji wyników nie przynosi zbyt dużych wahań indeksów. Biorąc pod uwagę okres czterech tygodni przed podaniem rezultatów przez pierwszą spółkę z DJIA i miesiąca po tym, najbardziej burzliwa była jesień 2005 r. S&P 500 najpierw stracił ponad 4 proc., by po tym, jak blue chips rozpoczęły podawanie wyników, zyskać 3 proc. Pierwsze dni sezonu wyników przyniosły wyraźną przecenę w kwietniu 2005 r. Natomiast impuls do zwyżki dały rok temu. Średnio licząc S&P 500 miesiąc po podaniu wyników przez pierwszą firmę z DJIA był o 0,8 proc. wyżej niż 4 tygodnie przed rozpoczęciem sezonu wyników.
Niezwykły czas
Okres publikowania rezultatów finansowych jest wyjątkowy. Nie chodzi tylko o same historyczne osiągnięcia i ich zderzenie z oczekiwaniami, ale także o weryfikacjź planów na przyszłość, która często towarzyszy podsumowaniu zakończonego kwartału. O ile w pierwszym aspekcie częściej dochodzi do krótkoterminowych reakcji inwestorów, o tyle w drugim mogą one mieć trwalszy charakter. Tak też chyba trzeba podchodzić do rozpoczętego sezonu wyników za II kwartał. Mniej istotne będzie to, jak pojedyncze spółki wypadną na tle oczekiwań, a bardziej to, czy inwestorzy znajdą elementy potwierdzające słabnięcie gospodarki, a w konsekwencji zapowiadające gorsze wyniki w II półroczu.
Z danych o liczbie spółek rewidujących prognozy w dół i w górę na pierwszy rzut oka nie wynikają zagrożenia. Przez ostatnie cztery tygodnie w sumie o 68 firm więcej obniżyło szacunki niż je podniosło. To o połowę mniej niż średnio od końca 1999 r. Taka średnia jest dobrym punktem odniesienia, gdyż obejmuje zarówno bessę, jak i hossę. Występująca obecnie różnica jest jednym z lepszych wyników w tym czasie. Można więc na jego podstawie wnioskować, że zarządy przedsiębiorstw są wciąż optymistycznie nastawione do przyszłości. Taka sytuacja nie daje jednak zbyt wiele miejsca na pozytywne niespodzianki.
Pojawia się więc pytanie, dlaczego rynek nie reaguje na te dobre informacje i skłania do zastanowienia, jak się zachowa, gdy zaczną napływać gorsze wiadomości. Wyraźną wyprzedaż ze środy i czwartku trzeba wiązać z eskalacją napięcia na Bliskim Wschodzie i będącym pochodną tego wzrostem ceny ropy naftowej do rekordowego poziomu. To bardzo dobrze pokazuje zachodzącą zmianę nastrojów na amerykańskim parkiecie. Od wiosny oraz od grudnia 2005 r. obserwowaliśmy równoczesny ruch w górę cen ropy i akcji. Inwestorzy w drożejącej ropie widzieli sygnał potwierdzający dobrą koniunkturę gospodarczą. Teraz zaczynają przeważać obawy związane z podnoszącymi się kosztami paliw, choć zjawisko ma znacznie słabszą siłę (jeśli wziąć pod uwagę 12-miesięczne zmiany notowań) niż było to w dwóch poprzednich latach.