W minionym tygodniu mieliśmy do czynienia ze zmniejszeniem się oczekiwań rynkowych dotyczących podwyżek stóp procentowych. Wskazują na to kwotowania kontraktów terminowych na rynkowe stopy procentowe (czyli kontraktów FRA). Wynika z nich, że w miniony piątek inwestorzy mieli "100-proc. pewność", że Rada Polityki Pieniężnej podniesie stopy procentowe dopiero w styczniu przyszłego roku. Tydzień wcześniej rynek spodziewał się, że pierwsza podwyżka nastąpi już w listopadzie. Wyraźnie zmalała też obawa co do skali spodziewanych podwyżek stóp. Na początku lipca rynek był przekonany, że za rok będziemy mieli stopy o 100 punktów bazowych wyższe niż obecnie (teraz główna stopa Narodowego Banku Polskiego wynosi 4 proc.). Inwestorzy spodziewają się, że w połowie przyszłego roku będziemy mieć za sobą podwyżki łącznie o 75 punktów bazowych.

Co sprawiło, że rynek stał się bardziej "gołębi"? Pomogły piątkowe dane na temat inflacji. GUS podał, że wyniosła ona w skali roku tylko 0,8 procent Rynek spodziewał się, że będzie na poziomie 0,9 proc., a duża część analityków uważała, że może wynieść nawet 1 proc. Nie bez znaczenia były również wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej. Andrzej Wojtyna, uchodzący za jednego z najbardziej wpływowych członków rady, zapewniał w wywiadzie dla PAP, że do końca bieżącego roku stopy procentowe nie powinny być podnoszone, "jeśli nie wystąpią znaczące zmiany w presji inflacyjnej wynikające z pogorszenia się relacji między tempem wzrostu wydajności pracy a wzrostem płac czy ze zmian w otoczeniu zewnętrznym". Jeszcze dalej poszedł Stanisław Nieckarz, uznawany za zwolennika niskich stóp procentowych. W wywiadzie dla Reutersa stwierdził, że przy obecnym poziomie inflacji nie ma potrzeby zmiany stóp procentowych nie tylko w tym, ale i w przyszłym roku. Według niego, dopiero w 2008 r. inflacja może osiągnąć cel Rady Polityki Pieniężnej, czyli poziom 2,5 proc.