Pomysł lustracji majątkowej powraca co kilka lat. Na dobrą sprawę nigdy nie został zrealizowany. Jedynym wprowadzonym w życie rozwiązaniem, które jakoś nawiązuje do szerszej idei, jest obowiązek składania oświadczeń majątkowych przez posłów oraz niektórych urzędników państwowych czy samorządowych. W praktyce jednak jest to chyba formalność bez większego znaczenia i dla tych, których obciąża, i dla obywateli.
W rozbawienie wprawiają mnie deklaracje posłów (mogę wskazać palcem), którzy przez długi czas prowadzili swoje firmy lub pracowali jako dobrze wynagradzani urzędnicy, a w oświadczeniu przyznają się do braku oszczędności. Czy ktoś, kto np. zarabiał miesięcznie 10 tys. zł, może nie mieć żadnych oszczędności, a jedynie stare auto i np. dom po rodzicach? A jeśli nawet - to czy ktoś taki powinien być w parlamencie? Jak on zadba o nasze, publiczne, finanse?
Jeśli dobrze pamiętam, ostatni raz lustracja majątkowa wystąpiła - w sferze koncepcji - w parze z abolicją podatkową. W zamyśle była to chyba jednak lustracja dotycząca nie tylko polityków aspirujących do najwyższych urzędów - jak teraz - ale rozumiana szerzej. Takie ujęcie tematu i połączenie lustracji z abolicją wydaje mi się warte rozważenia. PiS nie boi się odważnych, kontrowersyjnych pomysłów, więc co mu szkodzi?
Abolicja mogłaby być szansą - zwłaszcza gdyby ją połączyć z postulowanym od wieków uproszczeniem systemu podatkowego i zmniejszeniem niektórych ciężarów (a nawet likwidacją, jak w przypadku daniny od spadków i darowizn) - na ograniczenie szarej strefy, dodatkowe wpływy do budżetu i ucywilizowanie niektórych dziedzin życia gospodarczego.
Oczywiście, kolejnym krokiem, po upływie terminu abolicji, powinno być wzmocnienie aparatu skarbowego i zmiana organizacji pracy, a może nawet ostrzejsze represjonowanie tych, którzy unikają płacenia podatków. Pora też wyrzucić przepis, że zwolnione są z podatku dochody z nierządu. Znam przedsiębiorcę, który w taki właśnie sposób konsekwentnie tłumaczy przed warszawskim sądem, w jaki sposób zgromadził całkiem spory majątek. Potrafi "przypomnieć" sobie nawet imiona klientek. Najdziwniejsze jest jednak, że jego żonie ten rzekomy sposób zarobkowania zupełnie nie przeszkadza.