W obecnej sytuacji ekonomiści zwracają szczególną uwagę na cenę ropy. Z pozoru wydaje się, że zawsze był to surowiec, którego wzrost ceny wpływał negatywnie na gospodarkę. Ale do 2006 r. ten wpływ był nieznaczny, mimo że w ciągu czterech ostatnich lat ropa zdrożała czterokrotnie. Powody tak małego wpływu były różne. Zmniejszyła się energochłonność przemysłu, a poza tym gospodarki krajów rozwiniętych coraz bardziej ograniczały sektor przemysłowy (w USA stanowi on mniej niż 20 proc. całości) przerzucając produkcję na przykład do Chin. Przede wszystkim jednak to bardzo niskie stopy procentowe umożliwiły niskokosztowy rozwój gospodarki, a konsumentom pozwoliły na refinansowanie kredytów (przede wszystkim hipotecznych), dzięki czemu w ich kieszeniach przybywało gotówki. Rosnące ceny paliw, działające jak quasi-podatek zmniejszały siłę nabywczą konsumentów, ale tanie kredyty i właśnie proces refinansowania umożliwiały uczestniczenie w amerykańskiej orgii zakupów.
W tym roku sytuacja konsumenta zmienia się w sposób znaczny. Inflacja w USA rośnie, stopy procentowe w czerwcu poszły w górę po raz siedemnasty z rzędu, do poziomu 5,25 proc. Na początku czerwca cała plejada członków FOMC z Davidem Kohnem, wiceprezesem Fedu, na czele wyraźnie mówiła, że inflacja bazowa wyższa od 2 procent nie jest tym, z czym Fed czułby się komfortowo. A przecież inflacja bazowa w USA sięgnęła już poziomu 2,6 procent. Podstawowe pytanie brzmi jednak: czy można wpatrywać się w inflację bazową, która nie uwzględnia zmian cen paliw i żywności wtedy, kiedy inflacja CPI sięga czterech procent, ceny ropy od kilku lat rosną, a trend nie wydaje się być zagrożony? Uważam, że nie można i przypuszczam, że tak też uważają członkowie FOMC. Ben Bernanke starał się uspokoić rynek.
Kilka tygodni temu furorę zrobiła prognoza Goldmana Sachsa. Bank inwestycyjny prognozował, że cena ropy wzrośnie do 105 USD za baryłkę. Co prawda nie twierdził, że sięgnie tego poziomu w tym roku, ale rynek coraz wyraźniej wydaje się zakładać, że tak się jednak stanie. Ostatnio Bloomberg poinformował, że w czasie ostatnich trzech miesięcy na rynku futures trzykrotnie zwiększyła się liczba kontraktów zakładających wzrost ceny baryłki do 100 USD w tym roku. Analitycy różnią się jednak bardzo w swoich prognozach. Bloomberg informuje, że na przykład Jim Rogers, jeden z założycieli funduszu Quantum (główną rolę gra tam George Soros) twierdzi, że taki wzrost ceny jest w tym roku bardzo prawdopodobny, a Francisco Blanch z Merrill Lyncha twierdzi, że jest to kompletnie niemożliwe. Mniejsza o ich argumenty, bo w obu przypadkach są dosyć przekonywujące (chociaż bardziej przemawiają do mnie argumenty Jima Rogersa). Jak wpłynęłaby na gospodarkę cena zbliżona do 100 USD za baryłkę ropy?
Rosnące stopy procentowe, ochłodzenie na rynku nieruchomości i zapowiedź zwolnienia gospodarki i tak już zmniejsza chęci konsumentów amerykańskich do sięgania po portfel. Gdyby ceny paliwa wzrosły o 30 proc. to można byłoby założyć, że FOMC nadal podnosiłby stopy, konsument odpowiadający za 2/3 gospodarki amerykańskiej zacisnąłby pasa, co doprowadziłoby do stagnacji lub nawet recesji. Takie zwolnienie gospodarki USA uderzyłoby w Chiny, które przecież blisko 40 proc. eksportu kierują właśnie do Stanów Zjednoczonych. Gdyby te dwie lokomotywy zwolniły to gospodarka globalna musiałaby bardzo ucierpieć.
Wydawałoby się, że takie zmniejszenie aktywności gospodarczej zmniejszy popyt na ropę, ale taki proces, po pierwsze, trochę potrwa, a po drugie, to przecież problemy z podażą miałyby doprowadzić do tak fatalnego rozwoju sytuacji. Pozostaje mieć nadzieję, że ten scenariusz nie zostanie zrealizowany, ale ponieważ wiadomo czyją matką jest nadzieja to lepiej przygotować się na najgorsze. Co dedykuję rządowi, który liczy na duże zyski ze zwiększonej akcyzy na paliwo.