We wtorek, jeszcze zanim amerykański bank centralny ogłosił werdykt w sprawie poziomu stóp procentowych, akcje rosły na wielu rynkach, chociaż często nieśmiało. Najsilniejsze zwyżki były w Azji. W Nowym Jorku zwyżkę notowań tłumaczono nadziejami na przerwę w cyklu zwiększania oprocentowania w USA, chociaż równie dobrze z tego powodu mógł być wzrost także wcześniej. Optymizm inwestorów był symboliczny, bo pojawiły się informacje o szybszym wzroście kosztów pracy w drugim kwartale niż w pierwszym, przy jednoczesnym spadku tempa wzrostu wydajności. Część graczy obawiała się, że dyskusję na posiedzeniu komitetu otwartego rynku Fed, który decyduje o wysokości kosztów kredytu, zdominuje inflacja i zamiast przerwy będzie osiemnasty ruch stóp w górę. A przecież rynek nie może pozbierać się po poprzedniej podwyżce oprocentowania 29 czerwca. Na początku wczorajszej sesji wyróżniały się Google i Cisco. Właściciel najpopularniejszej wyszukiwarki internetowej drożał z powodu umowy z News Corp. Kurs Cisco inwestorzy windowali, gdyż spodziewali się dobrych wyników kwartalnych tego największego na świecie producenta sprzętu dla sieci komputerowych. Koszty pracy w USA popsuły też

klimat na giełdach europejskich.

O godzinie 17 naszego czasu z ważniejszych indeksów na małym minusie był jednak tylko londyński FTSE 100. Drugi dzień z rzędu spadał kurs koncernu naftowego British Petroleum z powodu przerwy w wydobyciu na największym polu w Ameryce Północnej. Drożały m.in. niemieckie spółki - ubezpieczeniowy Hannover Re i producent stali Salzgitter. W pierwszym przypadku decydujące były wyniki lepsze od prognoz analityków, a w drugim zapowiedź sprzedaży udziałów w Vallourec, producencie stali specjalistycznej. W Azji siłą napędową giełd był wzrost (największy od 1996 r.) kredytów w Japonii i zaskakujące przyspieszenie eksportu Tajwanu. Tokijski indeks Nikkei 225 zyskał 2,1 proc. Spółki zarabiają coraz więcej i więcej wydają. Ma to świadczyć o ich odporności na słabości gospodarki USA.