Wczorajszy debiut Astarty Holding, właściciela ukraińskiej spółki cukrowniczej Astarta-Kijew, nie należał do spektakularnych. Na otwarciu sesji, w porównaniu z ceną emisyjną (wynosiła 19 zł), kurs akcji wzrósł o 0,3 proc., do 19,05 zł. Na koniec dnia walory kosztowały już tylko 19 zł.
Trzeba dać czas
W niedawnej ofercie publicznej spółka sprzedała tylko 5 mln akcji, choć maksymalnie oferowała 6,7 mln. Dotychczasowi właściciele zamierzali pozbyć się 0,9 mln papierów, ale zrezygnowali z tego. Ponad 0,85 mln walorów trafiło do inwestorów indywidualnych, a niecałe 4,15 mln - do instytucjonalnych. - Rynek potrzebuje jeszcze czasu, żeby zaakceptować Astartę - twierdzi Andrzej Pasławski, analityk BDM PKO BP. Podkreśla, że to pierwsza spółka ukraińska na polskiej giełdzie. Poza tym jest relatywnie mała i działa w branży, która polskim inwestorom może wydawać się nieatrakcyjna. Zdaniem analityka, spółce należy dać około roku na pokazanie rynkowi, że realizuje plany inwestycyjne, a jej notowania są stabilne. - Wtedy zaufanie do niej wzrośnie - twierdzi A. Pasławski.
Mogą być emisje
Astarta pozyskała z polskiego rynku 95 mln zł. Zgodnie z zapowiedziami, pieniądze przeznaczy na modernizację zakładów i optymalizację produkcji. Poza tym jeszcze w tym roku chce kupić dwie ukraińskie cukrownie. Szacuje się, że fabryka produkująca 1 tys. ton cukru dziennie warta jest na Ukrainie około 1 mln euro. - Nie wytypowaliśmy jeszcze zakładów do przejęcia. Interesują nas takie, które mają istotny udział w rynku i atrakcyjne perspektywy rozwoju - mówi Siergiej Trifonow, dyrektor departamentu rozwoju strategicznego i kredytów międzynarodowych Astarty. Pieniądze z emisji zostaną wydane w tym i przyszłym roku. Jednak w kolejnych latach spółka będzie dalej inwestować. Chce z dzisiejszych 3,2 proc. zwiększyć udział w ukraińskim rynku cukru do 10 proc. Rozważy zaciągnięcie kredytów. Niewykluczone też, że dojdzie do kolejnych emisji akcji. - Decyzja będzie zależała od sytuacji na rynku - twierdzi S. Trifonow.