Ten tytuł nie ma na celu wyrażenie lekceważącego stosunku do problemu kilkunastoprocentowego bezrobocia. Wręcz przeciwnie - zastanawiające jest bowiem, dlaczego kolejne dane o stopie bezrobocia nie mają wpływu na rynki.
Rynki finansowe działają w oparciu o dwa filary. Kursami walut, obligacji czy akcji sterują przepływy wynikające z realnej sfery gospodarki. Ot, wystarczy, że wielki eksporter wymieni pozyskane za granicą euro na złote i od razu kurs EUR/PLN przesuwa się o kilka groszy w dół. Jednak wokół tej sfery "realnego obrotu" dobudowano tzw. przepływy spekulacyjne, które ze względu na złą konotację w Polsce lepiej nazwać inwestycjami finansowymi. Dla inwestorów finansowych na rynkach bardzo istotne są ruchy wykonywane przez przedsiębiorstwa i osoby prywatne, ale ponieważ bardzo trudno je obserwować na pojedynczych próbkach (i zresztą nie ma to większego sensu), to rynki finansowe orientują się według tego, co publikują urzędy statystyczne. GUS raczy nas szerokim asortymentem danych - produkt krajowy brutto, sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa, inflacja, handel zagraniczny czy płace - żeby wymienić te najważniejsze z rynkowego punktu widzenia. Ktoś wnikliwy zauważy, że na liście tej brakuje bezrobocia - nie bez powodu. Otóż dane o stopie bezrobocia są już od dłuższego czasu ignorowane przez rynki finansowe.
Przenieśmy się na chwilę za ocean. Amerykański Departament Pracy co miesiąc publikuje informacje o zmianie zatrudnienia poza rolnictwem (non-farm payrolls), które to dane potrafią nieraz wstrząsnąć rynkami. Dlaczego? Ponieważ dane z rynku pracy są bardzo ważne dla Rezerwy Federalnej przy ocenie przyszłej ścieżki inflacji, a co za tym idzie przy ustalaniu stóp procentowych. Wahania rzędu kilkudziesięciu tysięcy osób (dane te kształtowały się między 100 a 200 tys. w ostatnich miesiącach) są w stanie zdecydowanie zmienić optykę inwestorów.
W Polsce z kolei od dobrych kilku miesięcy mamy do czynienia z coraz szybszym spadkiem stopy bezrobocia - według najnowszych szacunków Ministerstwa Gospodarki w lipcu wyniosło ono 15,7 proc., czyli najmniej w XXI wieku (co swoją drogą może być chwytliwym hasłem w kampaniach wyborczych). Co więcej, dane te są lepsze od tego, co prognozowano na początku tego roku. A mimo to reakcja złotego, obligacji i giełdy jest niewielka. Czy zatem Rada Polityki Pieniężnej nie przywiązuje większej wagi do tego, co dzieje się na rynku pracy? Wniosek taki byłby krzywdzący dla banku centralnego. Wydaje się bowiem, że brak reakcji nie wynika z nieistotności danych o bezrobociu dla stóp procentowych, ale z niezbadanego ich wpływu na stopę inflacji. Podręcznikowe przykłady mówią o tym, że wzrost liczby pracujących w gospodarce to wyższa presja na płace, która z kolei przełożyć się może na wyższe ceny - jesteśmy zamożniejsi, zatem więcej jesteśmy w stanie wydać. Teza taka znajduje też odzwierciedlenie w danych i badaniach. Problem polega jednak na tym, że ze względu na tak wysoki poziom bezrobocia w Polsce, nie jesteśmy w stanie stwierdzić, w którym momencie zacznie ono grozić zbyt szybkim wzrostem cen. Powód jest prosty - nie dysponujemy danymi historycznymi, które pozwoliłyby to oszacować (kilkunastoprocentowe bezrobocie jest naszą największą bolączką nie od dziś). A wysokość stopy bezrobocia wywołującej presję na wzrost płac (ang. NAWRU - Non-Accelerating Wage Rate of Unemployment) ma fundamentalne znaczenie dla przyszłej ścieżki inflacji, co zresztą przyznaje Narodowy Bank Polski opracowując projekcje inflacji.
Z takimi paradoksami na rynkach finansowych inwestorzy mają do czynienia niezwykle często - niekiedy najważniejsze społecznie problemy i wyzwania są niemal zupełnie pozbawione znaczenia dla ruchów cen instrumentów finansowych.